niedziela, 20 kwietnia 2014

Jest impreza, jest "Wesele"!

Stanisław Wyspiański, Wesele, reż. Marcin Liber, Teatr Polski im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy, premiera 30 grudnia 2013 (34. Warszawskie Spotkania Teatralne)





            Siedzę w teatrze, rozglądam się. Sprawdzam czy teatralna „elyta” stolicy stawiła się na kolejnym przedstawieniu 34. Warszawskich Spotkań Teatralnych. Przysłuchuję się rozmowom widzów, siedzących wokół mnie i dochodzę do wniosku, że napis na mojej gadżeciarskiej koszulce 34. WST – „Im mądrzej, tym głupiej” (no przecie, że  Gombrowicz) idealnie opisuje sytuację i te rozmowy.
           W międzyczasie na scenie pojawiają się aktorzy. Zupełnie swobodni przechadzają się po scenie, rozmawiają, śmieją się. Za mną jakaś para dzieli się ze sobą stwierdzeniem, że „zupełnie jak u Smarzowskiego”. Skojarzenie oczywiście nieprzypadkowe, niewątpliwie o to Liberowi chodziło. Scenografia bowiem przywołuje na myśl zaadaptowaną na salę balową świetlicę w jakiejś wiejskiej remizie strażackiej, w której krzesła od lat wymagają wymiany, a wystrój nowej aranżacji.  I podoba mi się to! Bigos smakuje najlepiej po wielokrotnym odgrzaniu – nasze mity narodowe najwyraźniej też… Wyspiański rozprawiał się z Polską chorą na romantyzm, Smarzowski – a wcześniej także Wajda w „Popiele i diamencie” – gra na nutach polskiej pijanej megalomanii zapożyczonych od Wyspiańskiego i wreszcie Liber przez tegoż Wyspiańskiego urządza nam na scenie „Wesele” i „Dom zły” w jednym. Sztafeta pokoleń. Wszystko do jednego gara. Z bigosem. Polski on taki i wszystko można do niego wrzucić.
Spektakl zamyka klamra w postaci „Korowodu” Marka Grechuty. Na początku aktorzy podzieleni wedle płci – kobiety po lewo, mężczyźni po prawo (patrząc od strony widowni) – brawurowo, jakby szli na wojnę, wykonują ten utwór. Zapowiada się gorąca noc! Ta sama pieśń wykonana jednak na końcu w rytm chocholego tańca, brzmi jak marne echo tej, którą aktorzy odśpiewali na początku tego weselnego spektaklu. Wszystko obróciło się wniwecz.
           Liber robi „Wesele” na miarę naszych czasów i na miarę współczesnego człowieka, współczesnego Polaka. Minęło ponad 110 lat od prapremiery „Wesela”, a diagnoza polskiego społeczeństwa postawiona przez Wyspiańskiego jest wciąż aktualna. Gorzej – Liber stwierdza, że się nam zdecydowanie pogorszyło. „Co się komu w duszy gra?” – powtarza Chochoł w postaci pięknej dziewczyny, przechadzając się po scenie. Dla pokolenia naszych pradziadków odziedziczona po romantykach spuścizna miała jednak mimo wszystko wymiar swego rodzaju świętości. Świętości, do której nie dorośli, przespali, przepili, przegadali, ale której pragnęli. Czytając „Wesele”, zawsze wierzyłam (lub może chciałam wierzyć), że ten makabryczny „taniec chocholi” jest jednak mimo wszystko symbolem optymistycznym, bo w chochole kryje się róża, która się obudzi, odrodzi… Przedstawienie Libera ostatecznie pozbawiło mnie tej naiwnej wiary. W duszy współczesnego Polaka grają jedynie wiatr i pustka; mózg i serce ma on przepalone przez wódę, głupotę, antysemityzm i wywróconą – jak krzyż, który pojawia się na scenie pod koniec pierwszej części – do góry nogami religijność.
          Spektakl jest moim zdaniem bardzo spójny, świetnie zagrany – sceny zbiorowe to prawdziwe mistrzostwo, a i aktorskie „solówki” robią wrażenie, łącząc autentyczność z groteskowym przerysowaniem. Przeczytałam w zamieszczonej w „Teatrze” recenzji (w której zresztą Szymon Spichalski dokonuje bardzo wnikliwej analizy spektaklu), że to płytkie obserwacje, ale jeśli nawet, to odnoszę wrażenie, że takie obserwacje, jaka rzeczywistość. Oczywiście, wysmakowane spektakle, grające ciszą i skupieniem robią często o wiele większe wrażenie niż krzykliwa estetyka Libera, ale tego dramatu akurat chyba nie należy tak grać. Jest impreza, jest wesele! Sztuką jest między wiersze wielkiego poety włożyć jeszcze coś od siebie i nie zepsuć jego genialnej koncepcji. Liberowi się to według mnie udało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz