środa, 4 czerwca 2014

Opowiadanie na okoliczność Święta Wolności.



Jest rok 1990. Wiosna. Może wczesne lato. Na Lotnisku mieszkamy jakoś od roku. Lotnisko to nazwa osiedla w moim mieście, Grudziądzu. Najpierw było tam podobno takie zupełnie prawdziwe lotnisko, a potem je zaorano i posadzono na nim kartofle. Kiedyś nawet podczas zabawy znaleźliśmy na podwórku niewielki zalążek ziemniaka. Teraz rośnie tam tylko blokowisko.
No więc, jest wiosna roku 1990. Wszystko się zmienia. Przede wszystkim ja. Dojrzewam. Rosną mi piersi. Niedługo dostanę pierwszą miesiączkę. To są dla mnie istotne zmiany. Fakt, że rok wcześniej Joanna Szczepkowska ogłosiła światu upadek komunizmu w Polsce, nie ma dla mnie jeszcze szczególnego znaczenia. Chyba nawet o tym nie wiem.
Wiem natomiast, że mama obraziła się na mnie, kiedy nie powiedziałam jej o dostawie kawy do spożywczaka na Kustronia. Poszłam wtedy do sklepu z koleżanką z klatki obok i jej matką. Dzięki mnie dostały dodatkową kawę. Z dumą opowiedziałam mamie o spełnieniu dobrego uczynku...
Tym razem jestem mądrzejsza. Sąsiadka wysyła Asię, moją najlepszą kumpelę z podwórka, po Palmę do Lotnika, więc biegnę do mamy.

- Mamuś, Asi mama mówi, że jest Palma w Lotniku! – wołam od progu szczęśliwa, że tym razem jej nie zawiodłam.
- Oj! To leć do sklepu – mówi mama z przejęciem, wyobrażając sobie pewnie wszystkie łakocie, które na tej Palmie z Murzynkiem upiecze.
I taka przejęta mama wyjmuje z portfela zielony banknot z Chopinem. To pięć tysięcy złotych. Nikt wtedy nie myślał jeszcze o denominacji, a ja nawet nie znam takiego słowa.
I mówi do mnie mama:
- To kup, córeczko, ile się da.
Idziemy więc z Asią do sklepu. Umawiamy się na gumę po powrocie, a ja ściskam w dłoni zielony banknot. Idziemy jakieś dziesięć minut, może trochę krócej.
Sklep wygląda jak bunkier w otoczeniu całkiem strzelistych wieżowców. Kolejka jest już spora, ale nie robi wrażenia. Wrażenie robiłby ślimak zawinięty kilka razy wokół budynku. To jest zaledwie kilkudziesięciometrowy wężyk.
Stajemy w ogonku. Szybko idzie. I każdy kupuje, ile chce. Po około pół godzinie jesteśmy już w środku, przy ladzie. Jeszcze kilka minut i Palma jest nasza. Sprawa jednak zaczyna się komplikować. Jedna kostka upragnionej przez mamę Palmy kosztuje dwadzieścia pięć złotych. A ja mam całe pięć tysięcy. Z Chopinem. Zaczynam więc intensywnie liczyć. Ile kostek Palmy w cenie 25 złotych polskich można kupić, mając banknot o nominale 5000 tychże złotych polskich?... Prosty rachunek… Mogę kupić 200 kostek palmy… Dwieście?! Ile to może ważyć? Jedna kostka to jest ćwierć kilograma. Czyli trzeba podzielić 200 na 4.  Wychodzi na to, że mogę kupić aż 50 kg Palmy. Rany! Przecież tyle nie doniosę! Liczę dalej! Cztery kostki na kilogram. Jak wezmę dwadzieścia kostek, to będzie…. zaraz… zgubiłam się, a już moja kolej!
- Ile chcesz, dziecko? – pyta z uśmiechem sprzedawczyni, ma biały fartuch i śmieszny czepek z napisem „Społem”.
- Dwadzieścia pięć… – mówię nieśmiało, a kobieta, nie okazując zdziwienia, pakuje mi do dużej torby w biało-czarną kratę ponad sześć kilo tłuszczu roślinnego do pieczenia.
W drodze powrotnej Asia pomaga mi nieść siatkę. Jestem z siebie bardzo zadowolona i cieszę się, że tak dobrze wywiązałam się z zadania. Kupiłam naprawdę, ILE SIĘ DAŁO!
Wspólnymi siłami dostarczamy zamówienie do domu. Dzwonię domofonem.
- Słucham – mówi mama.
- Palma idzie! – mówię z taką dumą, która rozsadziłaby nawet stuletni dąb. A ja mam lat zaledwie jedenaście i jestem raczej chudzielcem. Więc gdy mama otwiera drzwi, już bez pomocy Asi targam siatę do góry. No, szczęśliwie mieszkamy na parterze – do góry oznacza więc tylko kilka schodków.
A co na ten widok mama?
Mama z uśmiechem politowania mówi:
- Prawdziwa zakuta palma…
*

Palma z Murzynkiem długo jeszcze dorzucana była do prezentów dla rodziny i przyjaciół.




poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Droga do wybaczenia.

Droga do zapomnienia (The Railway Man), reż. Jonathan Teplitzky, premiera 13 grudnia 2013



           Pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy w kinie podczas seansu, to „kto tłumaczy tytuły filmów?!”. Railway Man przetłumaczono jako Droga do zapomnienia. Co ma piernik do wiatraka? – można by zapytać. Po obejrzeniu filmu doszłam jednak do wniosku, że – paradoksalnie – ten polski tytuł jest bardziej wymowny niż oryginalny.
           Na film poszłam w dniu premiery wiedziona platonicznym uczuciem do Colina Firtha, uznaniem dla Nicole Kidman oraz w zasadzie zupełnie mi nieznanym tematem. Kiedy mówimy o drugiej wojnie światowej i związanym z nią ogromie ludobójstwa, okrucieństwa i cierpienia, myślimy na ogół o perspektywie europejskiej, a przede wszystkim naszej – polskiej. Myślimy więc o niemieckich obozach koncentracyjnych, holocauście, powstaniu warszawskim… Będąc przedstawicielką jednego z krajów, które najbardziej ucierpiały w tym straszliwym czasie, na film taki jak Droga do zapomnienia patrzyłam z uczuciem pewnej ambiwalencji. Miałam wrażenie, że podkreślanie martyrologicznego wymiaru doświadczeń jeńców wojennych w Japonii jest jakimś rodzajem nietaktu… Szybko jednak sama zawstydziłam się to myślą i zganiłam się za nią. Bo czy mamy monopol na cierpienie? Czy to, że u nas znajdowało się epicentrum piekła oznacza, że inni nie doznali traumatycznego wstrząsu? Myślę, że po przekroczeniu pewnej granicy cierpienia jest już tylko wspólnota bólu, a nie rankingi – „kto bardziej doświadczony, zasługuje na większe współczucie”.  Każde cierpienie ma prawo do zaświadczenia o nim i oddania mu szacunku.
              Udział Japonii w drugiej wojnie światowej jest dla mnie zaledwie mglistym wspomnieniem z lekcji historii w liceum. Film oparty jest na prawdziwej historii człowieka, Erica Lomaxa, który jako bardzo młody angielski żołnierz trafia do japońskiego obozu jenieckiego. Więźniowie pracują przy budowie kolei – katorżnicza robota w niemiłosiernym upale. Brak nadziei, pustka w oczach walącego kilofem wychudzonego majora mają upewnić widza w przekonaniu, że bohaterowie trafili właśnie do piekła. Główny bohater jednak, razem z grupą innych oficerów-inżynierów zostaje skierowany do grupy uprzywilejowanej. Nie trwa to jednak długo, gdyż zostają oni przyłapani na próbie skonstruowania radia. Eric bierze całą winę na siebie. Zaczyna się gehenna, której przebiegu nie zna nikt poza nim samym i jego bezpośrednim oprawcą. Gehenna, którą zabiera ze sobą w powojenne życie jako niezaleczoną traumę. Towarzyszy jej pragnienie zemsty, nocne lęki, ataki obłędu i wieczna ucieczka od bliskości. Miłość ożywia go wprawdzie, ale nie na długo. Nie da się zbudować nic trwałego, jeśli ma się spustoszone wnętrze, w którym szaleją żądza odwetu i nieukojony ból.
             Dorosłego Erica gra właśnie Colin Firth i robi to w charakterystyczny dla swojego aktorstwa sposób. Minimalizm i subtelność, wsparte – gdy trzeba – mocnym, niemal naturalistycznym akcentem, inteligentnie rozłożone akcenty na poszczególne odcienie osobowości i Erica oraz jej przemiany – nieśmiałość, dowcip, agresję, inteligencję, upór. Firth potwierdza klasę swego aktorstwa, choć mimo wszystko mam wrażenie, że trudno mu przeskoczyć samego siebie po Samotnym mężczyźnie i Jak zostać królem (w tym wypadku zdecydowanie wolę angielski tytuł The King’s speech). I tego już wyjaśnić nie potrafię… Przynajmniej na potrzeby tego tekstu – to zaledwie irracjonalne odczucie. Najbardziej wzrusza mnie w ostatniej scenie, gdy obejmuje ramieniem swego dawnego oprawcę i gest ten nie ma w sobie nic z przesady czy patosu. Jest niezręczny, a jednocześnie pewny i zdecydowany; bardzo męski, a jednocześnie delikatny – kruchy jak rodząca się nadzwyczajna przyjaźń i nadzieja na pojednanie.
           Droga Erica jest więc faktycznie drogą do zapomnienia. Nie o tym, o czym się zapomnieć nie da – o bólu, strachu, upokorzeniu, ale o tym, o czym zapomnieć trzeba, jeśli chce się żyć normalnie i nie budzić się w nocy z krzykiem i zimnym potem na czole. To droga do zapomnienia o nienawiści. Droga, którą pokonać może tylko człowiek prawdziwie silny i szlachetny.
          To film o podróży człowieka w głąb własnej duszy i przejmująca lekcja wybaczania. Ale to także film o wielkiej miłości; o kobiecie, która za wszelką cenę pragnie przeprowadzić ukochanego przez mroki jego duszy. I jest przy nim, choć on swoją podróż odbywa w samotności.  Jej obecność polega na czekaniu i poznawaniu przerażającej prawdy o jego przeszłości.
          Mądre kino, choć nie bez pewnego hollywoodzkiego zadęcia… Wybaczalnego, bo dzięki świetnemu aktorstwu film jest autentyczny i prawdziwy.




niedziela, 20 kwietnia 2014

Jest impreza, jest "Wesele"!

Stanisław Wyspiański, Wesele, reż. Marcin Liber, Teatr Polski im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy, premiera 30 grudnia 2013 (34. Warszawskie Spotkania Teatralne)





            Siedzę w teatrze, rozglądam się. Sprawdzam czy teatralna „elyta” stolicy stawiła się na kolejnym przedstawieniu 34. Warszawskich Spotkań Teatralnych. Przysłuchuję się rozmowom widzów, siedzących wokół mnie i dochodzę do wniosku, że napis na mojej gadżeciarskiej koszulce 34. WST – „Im mądrzej, tym głupiej” (no przecie, że  Gombrowicz) idealnie opisuje sytuację i te rozmowy.
           W międzyczasie na scenie pojawiają się aktorzy. Zupełnie swobodni przechadzają się po scenie, rozmawiają, śmieją się. Za mną jakaś para dzieli się ze sobą stwierdzeniem, że „zupełnie jak u Smarzowskiego”. Skojarzenie oczywiście nieprzypadkowe, niewątpliwie o to Liberowi chodziło. Scenografia bowiem przywołuje na myśl zaadaptowaną na salę balową świetlicę w jakiejś wiejskiej remizie strażackiej, w której krzesła od lat wymagają wymiany, a wystrój nowej aranżacji.  I podoba mi się to! Bigos smakuje najlepiej po wielokrotnym odgrzaniu – nasze mity narodowe najwyraźniej też… Wyspiański rozprawiał się z Polską chorą na romantyzm, Smarzowski – a wcześniej także Wajda w „Popiele i diamencie” – gra na nutach polskiej pijanej megalomanii zapożyczonych od Wyspiańskiego i wreszcie Liber przez tegoż Wyspiańskiego urządza nam na scenie „Wesele” i „Dom zły” w jednym. Sztafeta pokoleń. Wszystko do jednego gara. Z bigosem. Polski on taki i wszystko można do niego wrzucić.
Spektakl zamyka klamra w postaci „Korowodu” Marka Grechuty. Na początku aktorzy podzieleni wedle płci – kobiety po lewo, mężczyźni po prawo (patrząc od strony widowni) – brawurowo, jakby szli na wojnę, wykonują ten utwór. Zapowiada się gorąca noc! Ta sama pieśń wykonana jednak na końcu w rytm chocholego tańca, brzmi jak marne echo tej, którą aktorzy odśpiewali na początku tego weselnego spektaklu. Wszystko obróciło się wniwecz.
           Liber robi „Wesele” na miarę naszych czasów i na miarę współczesnego człowieka, współczesnego Polaka. Minęło ponad 110 lat od prapremiery „Wesela”, a diagnoza polskiego społeczeństwa postawiona przez Wyspiańskiego jest wciąż aktualna. Gorzej – Liber stwierdza, że się nam zdecydowanie pogorszyło. „Co się komu w duszy gra?” – powtarza Chochoł w postaci pięknej dziewczyny, przechadzając się po scenie. Dla pokolenia naszych pradziadków odziedziczona po romantykach spuścizna miała jednak mimo wszystko wymiar swego rodzaju świętości. Świętości, do której nie dorośli, przespali, przepili, przegadali, ale której pragnęli. Czytając „Wesele”, zawsze wierzyłam (lub może chciałam wierzyć), że ten makabryczny „taniec chocholi” jest jednak mimo wszystko symbolem optymistycznym, bo w chochole kryje się róża, która się obudzi, odrodzi… Przedstawienie Libera ostatecznie pozbawiło mnie tej naiwnej wiary. W duszy współczesnego Polaka grają jedynie wiatr i pustka; mózg i serce ma on przepalone przez wódę, głupotę, antysemityzm i wywróconą – jak krzyż, który pojawia się na scenie pod koniec pierwszej części – do góry nogami religijność.
          Spektakl jest moim zdaniem bardzo spójny, świetnie zagrany – sceny zbiorowe to prawdziwe mistrzostwo, a i aktorskie „solówki” robią wrażenie, łącząc autentyczność z groteskowym przerysowaniem. Przeczytałam w zamieszczonej w „Teatrze” recenzji (w której zresztą Szymon Spichalski dokonuje bardzo wnikliwej analizy spektaklu), że to płytkie obserwacje, ale jeśli nawet, to odnoszę wrażenie, że takie obserwacje, jaka rzeczywistość. Oczywiście, wysmakowane spektakle, grające ciszą i skupieniem robią często o wiele większe wrażenie niż krzykliwa estetyka Libera, ale tego dramatu akurat chyba nie należy tak grać. Jest impreza, jest wesele! Sztuką jest między wiersze wielkiego poety włożyć jeszcze coś od siebie i nie zepsuć jego genialnej koncepcji. Liberowi się to według mnie udało.

poniedziałek, 14 października 2013

(Nie)Współczesny Hamlet i powszechna LOVE.



Wiliam Szekspir, Hamlet, tłum. J. Paszkowski, reż. Maciej Englert, Teatr Współczesny, premiera 1 czerwca 2012 r.


     Nadrabiam ostatnio zaległości teatralne z ubiegłego sezonu. Na początek Shakespeare. We Współczesnym Hamleta zmagania z samym sobą, a w Powszechnym Romeo i Julia na współczesną (nomen-omen) modłę.
      Kim jest Hamlet Shakespeare’a? Pytanie to przecież pojemne jak studnia. Ten Hamlet napisany przez Mistrza ze Startfordu nad Avonem to młody człowiek zdający egzamin ze skrajnej lojalności wobec zmarłego ojca. Ma dokonać krwawej zemsty, która jest sprzeczna z jego wrażliwą naturą. Niemniej sprzeczna jest z nią jednak również obojętność wobec zabójstwa królewskiego rodzica. Hamlet to filozof. Hamlet to marzyciel. Kochanek. Buntownik. Wariat. Mściciel. Po każdym z tych pojemnych znaczeniowo słów równie dobrze można by postawić znak zapytania zamiast kropki. To zaledwie kilka możliwych kluczy, według których można czytać i samego bohatera i tę niezwykłą tragedię. Dzisiejsze inscenizacje Hamleta (i nie tylko, bo przecież Shakespeare’a w ogóle czyta się ostatnio przykładając do niego kalkę współczesności) to nie po prostu inscenizacja, ale szansa na osobistą, artystyczną wypowiedź reżysera, który z tym dziełem się mierzy. Tymczasem w Teatrze Współczesnym przedstawienie  Hamlet to rzetelnie zagrane i zgrabnie wyreżyserowane przedstawienie, które nawet nie podejmuje próby dyskusji. Powiedziałabym, że to całkiem niezły bryk dla uczniów, którzy nie przepadają za czytaniem…
      Kim bowiem jest Hamlet Borysa Szyca? O czym jest „Hamlet” Macieja Englerta?
      Nie szukam oczywiście gotowej odpowiedzi, ale chciałabym, żeby ze sceny mówił do mnie taki Hamlet, którego pragnęłabym poznać albo który wzbudziłby we mnie niechęć, strach, miłość, a może właśnie nienawiść. Chciałabym, żeby jego tragedia nie była mi obojętna, żeby jego wewnętrzny dramat dotyczył mojego życia i mojego świata, żeby z niego był. Chciałabym, żeby historia Hamleta mnie osobiście bolała. W ostateczności, mogłaby mnie przynajmniej bawić, bo przecież Shakespeare – jak wiadomo – decorum nie stosował. Odpowiedź na pytanie o to, kim jest Hamlet czy też o czym jest przedstawienie, nie może w tym spektaklu paść, ponieważ nikt nie zadał sobie trudu, by je postawić.
       I dlatego nie jest to dobre przedstawienie. Nie może być. Nie pomaga tutaj nawet niezłe aktorstwo. Borys Szyc – mimo że twarz ma już mocno opatrzoną przez seriale i tabloidy – świetnie sobie radzi z tekstem, bywa miejscami zabawny (i to w dobrym tonie, a to ostatnia rzadkość u tego aktora!), świetnie się rusza w pojedynku z Laertesem, a w scenie z Gertrudą sięga scenicznych wyżyn; jest autentycznie tragiczny – każdym mięśniem twarzy wyraża rozpacz płynącą z rozdarcia między miłością do matki a ciążącym na nim obowiązku zemsty i – jeszcze bardziej – poczuciu lojalności wobec zdradzonego (czy na pewno?) ojca…
Podobnie zresztą partnerujący Szycowi aktorzy – Wojciech Zieliński jako Laertes i Katarzyna Dąbrowska jako Gertruda. Mistrzowsko jednak zagrany jest Poloniusz przez Sławomira Orzechowskiego – niby nieśmiały, a jednak z tupetem; niby kochający ojciec, a jednak egoista, który dla własnego interesu zdolny jest poświęcić szczęście córki; niby groteskowy, a jednak na swój sposób tragiczny. Przyznam, że – mała prywata – pewien rys jego aktorstwa skojarzył mi się z tym, co pisałam o Kobieli. Obaj bowiem wpisują się w koncepcję aktorstwa samobójczego, które polegało w przypadku Kobieli na niemal całkowitym etycznym zniszczeniu postaci, doprowadzeniu jej na samo dno ludzkiej podłości i wewnętrznej małości po to, żeby ją ostatecznie obronić, pokazać, że takie nędzne kreatury są najczęściej wytworem swojej epoki, środowiska czy też innych nieuniknionych zależności. I taki właśnie jest Poloniusz Orzechowskiego.
      Ale niestety, nadal nie jest to moim zdaniem dobre przedstawienie. Choć wieczoru za zmarnowany nie uważam…

Wiliam Szekspir, Romeo i Julia, tłum. S. Barańczak, reż. Grażyna Kania, Teatra Powszechny, premiera  31 maja 2013 r.
      Tymczasem w Powszechnym… Na scenie jako główny element scenografii cztery ogromne litery: L O V E. W kluczowym momencie przedstawienia, gdy wieczni kochankowie wyznają sobie miłość te cztery litery, które składają się przecież w najpiękniejsze słowo świata (i nie ma w tym żadnej egzaltacji, to po prostu bezwzględne przekonanie o tym, że miłość jest największą wartością w życiu i najmocniejszą przeciwwagą wobec małego i wielkiego zła – trzy razy NAJ), rozbłyskają światłem. Oprócz tej instalacji na scenie znajduje się jeszcze tylko potężnych rozmiarów sofa, na której siedzą wszyscy bohaterowie, jak w poczekalni. I nikt w zasadzie ani na chwilę nie znika ze sceny, a wszystko utrzymane w odcieniach czerni i bieli. Prostota scenografii jest ogromną siłą tego spektaklu. Jest też jego stylistyczną dominantą.
        Grażyna Kania bierze na reżyserski warsztat historię miłosną wszechczasów i wcale nie udaje, że można na ten temat powiedzieć coś więcej niż powiedział Szekspir. O ile bowiem Hamlet, Król Lear, Otello, Kupiec wenecki (nieprzypadkowe to skojarzenie oczywiście, bo związane z Opowieściami afrykańskimi Warlikowskiego) charakteryzuje pewna interpretacyjna bezdenność, która pozwala szafować tekstem i znaczeniami, o tyle Romeo i Julia to tragedia, w której Szekspir zastosował szereg – z pozoru banalnych – uproszczeń. Dwoje młodych ludzi w sieci skrajnych emocji – oni kochają się do szaleństwa, a ich rody do szaleństwa się nienawidzą. Czy może być coś prostszego?... I piękniejszego? Istota tragedii Szekspira leży w dominującej nad poczuciem realizmu sile uczucia, które jest mocniejsze niż lęk przed śmiercią – największy (według Sartre’a zdaje się…) egzystencjalny lęk… Żyjemy w tak podłych czasach, że wielkie wartości wydają się już tylko tematem literackim, wspomnieniem zramolałych dziadków, którzy powtarzają nad wieczorną herbatką, że kiedyś to była prawdziwa miłość i prawdziwi kochankowie…
       Kania robi przedstawienie, którym przypomina, że miłość należy pisać wielkimi literami. Że można ją pokazywać tylko w kategoriach czerni i bieli. Że albo umiera się z miłości, albo tylko się udaje, że się kocha… Jednocześnie jej spektakl ani przez chwilę nie grzeszy patosem. Udaje się jej bowiem zachować właściwe proporcje między pewną groteską, krzywym zwierciadłem odbijającym niezmienną od wieków, absurdalnie odrażającą rzeczywistość bez miłości a szczerą i całkowicie pozbawioną obłudy postawą zakochanych. Bywają nieporadni i zabawni, ale nigdy śmieszni. Podczas gdy świat, w którym funkcjonują, wypełniony jest odrażającymi błaznami, którzy nawet cierpieć jak ludzie nie potrafią. Na ich tle Julia w trampkach i sukience baletnicy oraz Romeo w swym wymiętoszonym garniturze są czyści i prawdziwi.
      Romeo i Julia w Powszechnym to także spektakl świetny aktorsko, chyba nie ma w nim słabej roli, choć i tutaj epizodyczna rola Jacka Braciaka jako Ojca Laurentego wydaję się największą perełką całego przedstawienia – już od pierwszej chwili, gdy zagrywa się na aktora rodem z Royal Shakespeare Company, wygłaszając słowa Prologu starą angielszczyzną. Protagoniści jednak też świetnie się spisują – Katarzyna Maria Zielińska jest uroczo naiwna, ale w bardzo przekonujący sposób pokazuje błyskawiczny proces dojrzewania bohaterki, przemianę Julii z radosnej dziewczynki w kobietę, którą wypełnia i definiuje rozpacz. Natomiast Jacek Beler jako Romeo jest jednocześnie zabawny, stojąc pod balkonem nieporadny, ale gdy przychodzi czas na „grę bebechami”, przejmująco rozkłada akcenty rozpaczy, determinacji, bezradności i miłości. Bardzo dobre role i bardzo dobry spektakl…
        Krótko mówiąc, żadne z przedstawień nie mówi w stosunku do Szekspira nic nowego. O ile jednak w przypadku Romea i Julii w reżyserii Grażyny Kani jest to nie tylko zasadne, ale wręcz potrzebne, ponieważ przypomina, że o miłości Szekspir powiedział już niemal wszystko, co ważne, ale my o tym zbyt często zapominamy. O tyle od reżysera, który mierzy się z Hamletem, oczekuję, że ma do powiedzenia na temat tej niezwykle pojemnej w treści sztuki coś nowego; że dokopał się do znaczeń niewidocznych dla nikogo innego… Tymczasem Maciej Englert jest zbyt zachowawczy w swojej koncepcji. Jakby zabrakło mu odwagi…