piątek, 3 czerwca 2011

Zanurzone w mroku.

Mari Jungstedt, Niewidzialny, tłum. Teresa Jaśkowska - Drees, Warszawa 2010.

           Właśnie wtedy, gdy chciał zamknąć za sobą zardzewiały skobel bramy, jego wzrok przyciągnął dziwny widok na skraju fosy. To niezidentyfikowane coś miało wygląd jakiegoś zwierzęcia. Erik podszedł bliżej fosy i zaczął przyglądać się dokładniej. Na fosie leżała zakrwawiona zwierzęca łapa. Jak na łapę królika była stanowczo za duża. Może to lis? Nie, łapa miała czarny kolor.
          Popatrzył dokładnie na ślady krwi, które prowadziły nieco dalej. Zobaczył dużego, czarnego psa. Leżał na boku z szeroko otwartymi ślepiami. Głowa była dziwnie skręcona, a sierść przesiąknięta krwią. Pies miał puszysty, błyszczący ogon. Gdy podszedł bliżej, zauważył, że głowa psa jest odcięta od tułowia. Zrobiło mu się niedobrze, usiadł na kamieniu, oddychał ciężko przez otwarte usta. Serce waliło mu w piersi. Dookoła było niesamowicie cicho. Po chwili pozbierał się powoli i mozolnie, popatrzył dookoła.
           Co tu się mogło stać? Na miłość boską, co tu się stało?
           Erik Andersson nie zdążył jeszcze zebrać myśli, gdy zauważył martwe ciało kobiety.


Johan Theorin, Zmierzch, tłum. Anna Topczewska, Wołowiec 2008.

          Brzęcząca nad alvaretem mucha połyskuje zielono w słońcu. Zygzakiem przecina powietrze między kępami jałowca i ziół, by w końcu wylądować na otwartej dłoni. Skrzydełka nieruchomieją, prostuje nogi i przykuca, gotowa podnieść się do lotu przy najmniejszym ruchu, ale dłoń leży w trawie idealnie spokojna.
          Nils Kant nadal stoi z uniesioną bronią, patrzy na muchę, która pręży skrzydełka na ręce niemieckiego żołnierza.
         Żołnierz leży na plecach. Ma otwarte oczy, głowę zwróconą w bok i można by nawet odnieść wrażenie, że ze zdumieniem przygląda się musze, lecz śrutówka Nilsa odstrzeliła mu pół szyi i cały lewy bark, krew zaś oblebiła wytartą bluzę mundurową - Niemiec nic nie widzi.
         Nils oddycha głęboko, chwilę nasłuchuje.
         Teraz, kiedy ustało nawet brzęczenie muchy, na alvarecie panuje idealna cisza, choć Nilsowi nadal jeszcze szumi w uszach od huku wystrzałów. Eksplozje musiały daleko ponieść się echem, ale chłopak nie sądzi, żeby ktokolwiek je słyszał. W pobliżu nie przebiega żadna droga, a ludzie rzadko zapuszczają się tak daleko na alvaret. Jest spokojny.


Henning Mankell, Powrót nauczyciela tańca, tłum. Ewa Wojciechowska, Warszawa 2011.

            Zanim umarł minęły jeszcze niemal dwie godziny. Znalazł się na dnie piekła, miotając się między nieznośnym bólem a pragnieniem utrzymania się przy życiu. Zaciągnięto go w przeszłość, do czasów, gdy napotkał los, który na koniec wreszcie dopadł jego samego. Powalono go na ziemię, ktoś zdarł z niego spodnie i sweter. Mężczyzna zdążył poczuć dotyk zimnej ziemi na nagiej skórze, nim dosięgły go uderzenia pejcza, zamieniając wszystko w koszmar. Nie wiedział, ile razy go uderzono. Co jakiś czas tracił przytomność, lecz strugami lodowatej wody wyciągano go z powrotem na powierzchnię świadomości. Potem znów dosięgały go razy. Słyszał własny krzyk, w pobliżu nie było jednak nikogo, kto mógłby przyjść mu na ratunek. Czaka leżał martwy w swoim wybiegu.
           Potem poczuł, że ktoś ciągnie go w stronę domu, a później do środka. Ostatnim, co zapamiętał przed śmiercią, były ciosy pejcza na podeszwach stóp. W końcu ogarnęła go ciemność. Był martwy.


              Kilka tygodni temu wybrałam się na spotkanie z Kimś, Kogo naprawdę bardzo dawno nie widziałam (przypominanie jak dawno dla obu stron niewskazane). Okazało się, że przy okazji załapałam się na konferencję naukową poświęconą szwedzkiemu kryminałowi.
              O kryminale - owszem - jako takie pojęcie jeszcze mam. Od dziecka lubiłam je czytywać. Najpierw był Sherlock Holmes, którego zresztą ostatnio trochę sobie odświeżam na fali mrocznych fascynacji. Wpadło mi w ręce coś Agathy Christie, a nawet Joanną Chmielewską niedawno zgrzeszyłam. Było też Kto zabił Palomina Molero Llosy, a w ubiegłe wakacje zachęcona Trójkowym czytaniem przed 21:00 sięgnęłam także (z dużą satysfakcją) po Erynie Marka Krajewskiego. W niektórych kręgach intelektualnych uważa się kryminały za literaturę drugiej kategorii, której czytanie świadczy o kiepskim guście literackim. Zaznaczam z pełnym przekonaniem, że ja do tego kręgu nie należę, a literaturę dzielę na dobrą i złą bez względu gatunek oraz płeć autora.
          Literatura szwedzka jednak to zupełnie co innego - pojęcie blade, a w zasadzie niemal żadne. W dzieciństwie Astrid Lindgren - jak niemal całe moje pokolenie i niecały rok temu Ta, którą nigdy nie byłam Majgull Axelsson - rzecz naprawdę znakomita.
           Kryminał szwedzki  za to był dla mnie - jak do tej pory - już zupełną tajemnicą. Nadal jest, bo trzy pozycje o niczym jeszcze nie świadczą. Wcześniej jednak nie słyszałam nawet o Mankellu czy Larssonie, o innych już nie wspomnę. Z konferencji wróciłam natomiast z dwiema nowymi książkami, a w jednej znajduje się nawet dedykacja Mari Jungstedt. I, jak można się było spodziewać, wsiąknęłam. Bo ledwie skończyłam czytać Theorina, a już zaopatrzyłam się w Powrót nauczyciela tańca.
              Postanowiłam nie pisać o każdej z tych powieści z osobna, ponieważ pochłaniałam je jedną za drugą, a przez Mankella, którego kończyłam wczoraj wieczorem poszłam dzisiaj kompletnie nieprzygotowana do pracy. Ułożyłam je w prezentacji w takiej kolejności, w jakiej je czytałam, ale to także coś w rodzaju gradacji jakości literackiej - najlepsze, jak wisienka na torcie, zostawiłam na koniec.
              Powieść Mari Jungstedt Niewidzialny to dobry, klasyczny kryminał, trzymający w napięciu i pozwalający czytelnikowi na prowadzenie śledztwa wraz z głównymi bohaterami. Jungstedt nie zdradza tajemnic za szybko, ale bystry czytelnik domyślić się może całkiem wcześnie, kto jest zbrodniarzem. Brakowało mi jednak w tej powieści bohatera lub bohaterki, którego losy i osobowość byłyby równie wciągające jak intryga. Postacie wydają się tutaj nieco papierowe, mechaniczne, wrzucone w schemat i konwencjonalne. Można powiedzieć, że są zaledwie naszkicowane, brakuje im duszy. Czegoś, co sprawiłoby, że ich losy interesowałyby nie tylko w kontekście śledztwa...
              Dlatego już od pierwszego zdania Zmierzchu poczułam, że mój świat nieco zawirował. Nie tylko dlatego, że zdjęcie autora z tyłu książki jest równie interesujące, co sama powieść. Theorin opowiada historię mroczną, tajemniczą, a przy tym naprawdę zaskakującą. Zaletą jest też wciągająca narracja i to, czego brakowało mi u Jungstedt, czyli ciekawe, dobrze skonstruowane postacie, których losy naprawdę mnie obchodziły, które mogłam mniej lub bardziej polubić, którymi mogłam pogardzać albo się ich bać. Innymi słowy, po prostu prawdziwe. Fascynująca jest też zdolność Theorina do tworzenia obrazów, które w dyskretny, nieco "zamglony" sposób mrożą krew w żyłach. I zakończenie... Takie, które sprawia, że czytelnik uświadamia sobie, iż życie bywa niewytłumaczalnym zbiegiem fatalnych okoliczności, ale mimo straszliwie bolesnych czasami doświadczeń toczy się dalej... W myśl zasady, że życie jest dla żywych, bo umarli odeszli już do lepszego świata.
             Jednak dopiero czytając Mankella poczułam się zahipnotyzowana. Powrót nauczyciela tańca to nie tylko kryminalna intryga, doskonale poprowadzona, uchylająca rąbka tajemnicy tam, gdzie należy, ale do końca zaskakująca i tajemnicza, nie pozwalająca zapomnieć o tym, co dzieje się  na kartach powieści nawet podczas jedzenia (dla mnie to na przykład istotne, bo kiedy jem, to na ogół tylko o tym myślę). To także opowieść o człowieku, który zmaga się z chorobą, przez co niemal zaprzepaszcza jedyną prawdziwą wartość w swoim życiu, czyli miłość; o człowieku, który poświęca swój czas na prowadzenie pełnego zaskakujących zwrotów akcji śledztwa, bo jego własne życie i czająca się na języku śmierć napawają go lękiem, z którym tylko tak potrafi sobie poradzić. Przede wszystkim jednak jest to powieść o odkrywaniu przeszłości - nie tylko bohaterów, zbrodniarzy i ofiar, ale też o odkrywaniu przeszłości Szwecji. Nie znam się szczególnie ani na historii, ani na kulturze tego kraju, ale wiem, że ma on swoje wstydliwe karty. Ta powieść to też ostrzeżenie - przypomina, że zło nigdy nie umiera, bo zawsze znajdą się ludzie, których nienawiścią może się karmić.
             Wydaje mi się, że autorów tych powieści łączy przekonanie, że zło zawsze wraca do człowieka, przemoc rodzi przemoc, a rany z przeszłości jątrzą się często tak długo, dopóki nie zostaną pomszczone. Jungstedt przekonuje, że żaden nasz uczynek nie zostaje zapomniany, Theorin przeraża wnioskiem, że żaden etap naszego życia nie jest wolny od zła, nawet dzieciństwo, a u Mankella można mówić nawet o pewnej hamletycznej nucie w historii zabójcy. Kryminał nie musi i nie powinien być traktowany jak literatura "klasy B". Ten gatunek literacki daje bowiem autorowi możliwość stawiania drażniących i trudnych pytań w zakresie historii, obyczajowości, a także aksjologii, bo w końcu tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono...
            

wtorek, 24 maja 2011

Życie jest piękne...

Potiche: Żona doskonała, reż. François Ozon, Francja 2010.

          ... a miłość jest tajemnicą. Zanim oskarżona zostanę o posługiwanie się sformułowaniami banalnymi i wytartymi, chciałabym nieśmiało przypomnieć, że jak twierdzą mądrzy ludzie, życie składa się z banałów. Te stwierdzenia same w sobie są arbitralne, niemal niepodważalne, a jednak ciśnie się na usta proste pytanie: dlaczego życie jest piękne, a miłość to tajemnica?
            Nie chcę oczywiście przez to powiedzieć, że film Potiche (kolejne trafne jak kula w płocie polskie tłumaczenie tytułu - "potiche" znaczy "bibelot") na te pytania odpowiada. Raczej zmusił mnie do tego, żebym je sobie zadała. Z heroiczną świadomością braku sensu tej czynności, bo odpowiedzi na nie w zasadzie nie ma... Są przypuszczenia, dywagacje... ale odpowiedzi właściwie tyle, co ludzi, czyli dramat nadmiaru.
            Film, z charakterystyczną francuską swadą, opowiada historię pani Pujol - żony bogatego przedsiębiorcy i matki dwojga dorosłych już dzieci. Mówi się, że Anglicy z mlekiem matki przyswajają sobie Shakespeare'a - Francuzi mają tak chyba z Molierem, bo jest w tym filmie coś bardzo molierowskiego. Galeria postaci składająca się na pewne typy osobowości, a przy tym każda z nich zindywidualizowana i pełna życia.
           Jest więc pan Pujol - porywczy mizoginista, który odziedziczył po teściu fabrykę parasoli i sprawuje w niej rządy "twardej ręki". Zdradza żonę z sekretarką, którą z kolei zdradza z kim popadnie. Uważa, że miejsce żony pana Pujol na pewno nie jest w kuchni, nie jest też w nocnym klubie i w ogóle "to o co właściwie chodzi? niczego ci nie brakuje!". Jego arogancja i brak zrozumienia dla potrzeb pracowników sprawiają, że w fabryce wybucha poważny strajk, któremu sam nie potrafi zaradzić... Jego stosunek do żony woła już o pomstę do nieba. Dość skutecznie...
           Jest córka, która wytyka matce, że jest bibelotem, kurą domową i żyje ze świadomością bycia zdradzaną. Sama jednak niewiele się od matki różni... Choć może zbyt pochopna to opinia, ostatecznie bowiem okazuje się, że matka i córka są jednak bardzo, bardzo różne. Jest i syn. Artysta o bardzo liberalnych poglądach, który ma zupełnie inne plany i marzenia niż kierowanie w przyszłości fabryką parasoli.
           Jest też rezolutna sekretarka, romansująca z szefem. Z rozwianym rudym włosem gotowa nieść każdy rodzaj pomocy wszędzie i o każdej porze. Do czasu, gdy nie zachwyci jej pełna godności postawa kobiety, za plecami której dostarcza swemu szefowi nieregulaminowych przyjemności.
            Jest i szczególnej urody burmistrz miasteczka, którego łączy z panią Pujol pewna przeszłość. Liberał o socjalistycznych poglądach, walczący o poprawę sytuacji robotników, a przy tym - choć porywczy - niezwykle ciepły, doświadczony przez życie i przyjaźnie nastawiony do świata człowiek.
            Jest wreszcie pani Pujol. Niezwykła kobieta! Kura domowa, bibelot, popychadło - z pozoru oczywiście. Faktycznie jest to kobieta, która mimo rozczarowania, żalu i zepchnięcia na margines życia własnej rodziny potrafi biegać po lesie zasłuchana w śpiew ptaków, pisać wiersze o wiewiórkach, tańczyć i śpiewać podczas gotowania, a przede wszystkim zakasać rękawy i wziąć się do pracy, by uratować od zagłady firmę stworzoną przez jej ojca. Uratować, postawić na nogi, uczynić zakładem nowoczesnym i intrygującym. Kobieta, która porażkę przekuwa w sukces. Kobieta o klasie takiej, jaką mieć może chyba tylko Catherine Deneuve. Kobieta, dla której miłość nie jest jednostronnym obrazem, ale właśnie tajemnicą, bo nie ma sensu szukać odpowiedzi na pytanie dlaczego kocha się tę, a nie inną osobę. Dlaczego trwa się przy kimś latami, choć ten ktoś zdecydowanie na to nie zasługuje. Dlaczego wybacza się zdrady wszelkiej maści... Przede wszystkim jednak pani Pujol jest kobietą, w której kryje się wiele tajemnic i która ma osobowość silniejszą niż cała zła energia jej męża, jaką wnosił przez niemal wszystkie lata małżeństwa w jej życie. 
            Dlaczego życie jest piękne? Nie mam pojęcia i dobrze mi z tym. Wiem tylko, że nie można dostrzec i zrozumieć piękna świata, dopóki nie dostrzeże się i nie zrozumie piękna w sobie.
            
          




środa, 4 maja 2011

Ofiara wciąż się powtarza.

Młyn i krzyż, reż. Lech Majewski, Polska - Szwecja 2011

             Wygląda na to, że ostatnio znacznie więcej oglądam niż czytam. Ukryte gdzieś z tyłu głowy poczucie winy z tego powodu znika, gdy oglądam filmy tak głęboko zanurzone w sztuce i mądrości jak Młyn i krzyż. Powodów do obejrzenia tej najnowszej produkcji Lecha Majewskiego (Basquiat - Taniec ze śmiercią, Wojaczek, Angelus) jest wiele. I warto było zobaczyć go właśnie w czas Wielkiego Postu, w czas refleksji nad sensem życia, cierpienia, w czas, kiedy robimy rachunek sumienia. Przynajmniej powinniśmy... Warto było też napisać o tym w czas Wielkiego Postu, ale jakoś się nie złożyło... Wracam jednak do tego tematu, bo film w niektórych kinach wciąż można zobaczyć (na przykład w warszawskiej Feminie).
              Sporo powstało już w historii kina filmów inspirowanych dziełami malarskimi - wyjątkowość Młyna i krzyża polega na tym, że obraz Bruegla Procesja na Kalwarię nie jest li-tylko inspiracją. Jest przestrzenią - miejscem i czasem, w jakich dzieje się akcja filmu, jest całym światem przedstawionym, a przynajmniej jednym z tych światów, gdyż film odczytywać można na kilku co najmniej płaszczyznach interpretacyjnych.
              Zacznijmy zatem od przyjrzenia się obrazowi...
Pieter Bruegel, Procesja na Kalwarię, 1564

             Zbudowany jest z siedmiu różnych perspektyw, znajduje się na nim pięćset postaci, z których każda ma swoją historię, ale ta najważniejsza postać - ta najważniejsza opowieść - jest ukryta...To częsty zabieg na obrazach Bruegla. Wystarczy przywołać znany niemal wszystkim Upadek Ikara. Trzeba wysilić wzrok, umysł i serce, żeby dostrzec najistotniejsze... W centralnym miejscu Procesji na Kalwarię, wśród tłumu przedziwnych postaci, można dostrzec upadającego pod ciężarem krzyża Chrystusa. Ludzie na płótnie nie dostrzegają jednak tego wydarzenia, które miało zmienić świat, bieg historii... Patrzą na Szymona Cyreńczyka, którego straż odciąga od żony, by pomógł nieść krzyż... Nad całym tym widokiem góruje wysokie wzniesienie, a na nim tajemniczy młyn. W prawym dolnym rogu, z twarzą przytuloną do słupa stoi także sam autor i przygląda się  temu wydarzeniu. 
           Lech Majewski zrobił film mądry i piękny. Być może stało się tak dzięki zastosowaniu w produkcji zdecydowanie niekomercyjnej techniki komputerowej typowej dla kina akcji. Po raz kolejny zagrała też przestrzeń Jury Krakowsko-Częstochowskiej - w 1967 Wojciech Jerzy Has (mistrz Majewskiego) "oszukał" widzów Rękopisu znalezionego w Saragossie. Wtedy Jura grała gorącą Andaluzję, tym razem holenderski chłód.
           Majewski powtarza w swoim filmie tezę Bruegla, że najważniejsze jest trudne do zauważenia, że ofiara powtarza się każdego dnia, a my przechodzimy koło niej obojętnie albo pełni niemocy. Jedna z pierwszych scen filmu - okrutna śmierć młodego człowieka, pokazana w sposób niezwykle plastyczny - ma wymowę przede wszystkim symboliczną. Ma pokazać, że tamta niewinna ofiara sprzed 2000 lat była i jest częścią codziennego życia, tak jak i śmierć jest częścią życia. Stąd tytuł - młyn to krzyż puszczony w ruch, młyn to czas, który zatrzymuje się w chwili ofiary...
            W pewnym sensie Majewski oswaja nas więc ze świadomością śmierci, ale ważniejsze wydaje się to, co mówi w sensie aksjologicznym. Zło jest częścią życia, wszyscy jesteśmy za nie odpowiedzialni, wszyscy mamy swój udział nie tylko w tamtej krzyżowej ofierze, ale w każdej innej również. Paradoksalnie, ta odpowiedzialność ma wymiar egzystencjalny, nic nas z niej nie zwalnia, ani wiara, ani brak wiary.

wtorek, 5 kwietnia 2011

Cena wolności.

Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł, reż. Antoni Krauze, Polska 2011.

             Jestem wstrząśnięta... Obejrzałam ten film trzy tygodnie temu, ale poziom poruszenia nie minął. Wstrząsnęło mną tak bardzo nie samo dzieło filmowe, co opowiedziana historia. Prawdziwa HISTORIA.
              Od dawna już wiadomo, że właśnie Ona, Historia, pisze scenariusze, którym fikcja literacka najczęściej nie jest w stanie sprostać. I wiemy z podręczników albo z opowieści, że tak było, że nieśli przez miasto na drzwiach, że strzelano do ludzi jadących do pracy... Wiemy, ale sugestywność obrazu filmowego w brutalny sposób odświeża naszą wiedzę. Jest z tym chyba trochę tak, jak ze słowem, które zostało wypowiedziane - nie można go cofnąć, zostaje na zawsze pomiędzy ludźmi, którzy tymi słowami się wzajemnie przerzucają.
             Tak samo jest z wiedzą o tym, co się wydarzyło. Przeczytane porusza naszą wyobraźnię, ale pozostaje niejako poza świadomością, ukryte głęboko w pokładach naszego umysłu, niewyzwolone. Obraz sprawia, że wizje z naszej wyobraźni nabierają realności. No, przynajmniej ja tak mam...
             A Czarny czwartek to film bardzo realistyczny, niemal dokumentalny w swym charakterze. Niedziwne to zresztą, skoro bazą do tej opowieści są wspomnienia żony głównego bohatera - Bruna Drywy. Dodatkowym plusem filmu jest powierzenie głównych ról aktorom, których twarze nie są powszechnie rozpoznawalne, gdyż na co dzień grają raczej w teatrach (na przykład w Teatrze Wybrzeże), którzy grają bez gwiazdorskiej maniery, są niemal anonimowi i dzięki temu film staje się jeszcze bardziej prawdziwy w swojej wymowie. A przy tym zarówno Michał Kowalski w roli Bruna, jak i Marta Honzatko w roli jego żony, Stefy, są głęboko wzruszający.
            Nie będę streszczać filmu, bo to bezcelowe. Nie będę go też recenzować, bo to niepotrzebne - tego typu filmy nie mają za zadanie zachwycać poziomem artystycznym i oryginalnością, mają tylko (sic!) zilustrować historię, którą napisało samo życie i - jak w tym wypadku - wpisana w nie cyniczna, zakłamana i zbrodnicza polityka początku lat 70-tych ubiegłego wieku.
           Chcę napisać jedynie o tym, co szczególnie mnie w tym filmie poruszyło. Oprócz bulwersujących scen związanych z potajemnym pogrzebem w nocy, w pośpiechu, bez śpiewów i okazania należytego szacunku zmarłemu, wciąż mam przed oczami obraz młodego chłopaka, który przyszedł do szpitala odwiedzić pracującą tam matkę. Bezlitośnie pobity i zmuszany do pokonywania słynnej "ścieżki zdrowia" ledwo trzyma się na nogach, ma w oczach strach i jakiś niewypowiedziany ból niezrozumienia. Jak małe dziecko, które nie pojmuje dlaczego zostało tak straszliwie ukarane.
           Wiele było w tym filmie poruszających scen, ale to właśnie tej nie mogę zapomnieć. Gdy myślę o filmie Czarny czwartek, to właśnie ten obraz staje mi przed oczami. I myślę też o tym, że wraz z wolnością, którą za tak bolesną cenę wywalczyli dla nas ludzie poprzednich pokoleń, przyszła arogancja, stagnacja i poczucie, że wszystko się nam należy. Narzekamy na co tylko się da narzekać i zapominamy, że jesteśmy prawdziwymi szczęściarzami. Choćby dlatego, iż nie musimy się obawiać, że W IMIENIU PRAWA ktoś nas zabije w drodze do pracy albo do szkoły. I rośnie we mnie taki lęk, że dziś niewielu z nas odważyłoby się zaryzykować swoje wygodne życie w imię wolności.
            Może się jednak mylę? Może z wolnością jest jak z powietrzem - nie zauważamy, że jest i że bez niego nie da się żyć, dopóki go nie zabraknie, a wtedy... Wtedy walczymy, bo wolność to powietrze, wolność to życie.

sobota, 26 marca 2011

Co jest siłą, co słabością?

The King's speech, reż. Tom Hooper, Australia - USA - Wielka Brytania 2010.

            Uwielbiam Colina Firtha! Od lat! Dumę i uprzedzenie w wersji BBC znam na pamięć a wszystkie komedie romantyczne z Bridget Jones i Love Actually na czele stanowią najdoskonalsze remedium na moje wieczory przygnębienia. I to akurat nie byłoby wcale takie dziwne, ale ja znam nawet takie filmy z Colinem (z powodu mojego głębokiego platonicznego uczucia pozwalam sobie na tę poufałość), których nikt nie pamięta, jak Conspiracy czy Trauma. Znam jego debiut filmowy - Another Country, znam opowiadanie jego autorstwa, którego tytułu chwilowo nie pomnę. Krótko mówiąc - obsesja.
            Rzecz jednak w tym, że od lat wiedziałam również, że urok Colina Firtha nie tkwi wyłącznie w orzechowych oczach, rozwichrzonych włosach i białej mokrej koszuli przylegającej do ciała (a wszystko na tle soczyście zielonej angielskiej łąki). To po prostu świetny aktor, sprawdzający się w każdym repertuarze. Taki aktor, jakich lubię i cenię najbardziej - inteligentny, z poczuciem humoru i dystansem do siebie...
          Dlatego właśnie, kiedy tylko pojawił się na ekranach polskich kin film o bardzo niewdzięcznym (znowu - sic!) polskim tytule Jak zostać królem? byłam w kinie już dzień po premierze (już, bo pewnie w dniu premiery byłam zajęta). Sala kinowa wypełniona była po brzegi - tyle nominacji do Oscara zawsze robi swoje. Ja poszłam nie dla samej historii opowiedzianej w tym filmie, nie z powodu wszystkich zachęcających recenzji, ale oczywiście dla Colina.
          Nie będę oceniać słuszności przyznania temu artyście najważniejszej nagrody filmowej, bo jestem oczywiście stronnicza i mogłabym przez to nie wydać się wiarygodna. Nawet gdyby nie była to tak świetna rola, dopracowana w każdym szczególe, w każdym grymasie, dźwięku i - co dla tego filmu szczególnie ważne - w każdym słowie, to i tak uważałabym, że na Oscara zasłużył. Firth zbudował postać człowieka uwikłanego w kompleksy, walczącego przez całe życie z własnymi słabościami, wśród których jąkanie się jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. Człowieka zdeterminowanego, by naprawić siebie, wszystkie swoje "usterki", bo taka jest jego powinność. A przy tym Firth, choć nadaje tej postaci głęboko ludzki wymiar, nie zapomina, że jest to książę, później król i tę królewskość Georga VI pokazuje w każdym niemal ruchu i geście.
          Sam film natomiast... no cóż, moim zdaniem Black Swan był lepszy, bardziej poruszający, tajemniczy i zaskakujący. Nie znaczy to oczywiście, że nie podobał mi się The King's speech. To świetnie skrojona filmowa opowieść, bardzo precyzyjnie wyreżyserowana, z pietyzmem podchodząca do zagadnień biograficznych, świetnie zagrana nie tylko przez Colina Firtha, ale też przez aktorów drugoplanowych. Geoffrey Rush i Helena Bonham Carter stworzyli pełne ciepła i mądrości kreacje - szlachetnego i kontrowersyjnego zarazem nauczyciela, trenera wymowy, a przede wszystkim przyjaciela oraz kochającej i oddanej żony, która nie ustaje w poszukiwaniu pomocy i wybawienia dla swego męża. I jest też, na dalekim planie, Jennifer Ehle - cudownie wyciszona angielska żona, która potrzebuje zaledwie kilku sekund, by opanować zaskoczenie i zaprosić niespodziewanych gości - królewską parę - na kolację.
          Wszystko pięknie układa się w całość... Nieco laurkową niestety, ale w gruncie rzeczy naprawdę wzruszającą i ciekawą opowieść o człowieku, dla którego obowiązek wobec rodziny i kraju okazał się silniejszy od bardzo intymnej i dokuczliwej słabości. W czasach gdy kręgosłup moralny angielskiej rodziny królewskiej wydaje się nieco chwiejny, ten film jest projekcją wszystkiego, czym owa rodzina królewska być powinna - szlachetności, wytrwałości, odpowiedzialności i konsekwencji w traktowaniu swego urzędu jak służby, a nie przywileju.

wtorek, 8 marca 2011

Grunt to rodzinka!

The kids are all right, reż. Lisa Cholodenko, USA 2010.

            Może się wydawać, że jestem zupełnie bezkrytyczna wobec literatury i kina, ponieważ niemal wszystko, o czym tutaj piszę, zdecydowanie zyskuje mój aplauz, a czasem nawet zachwyt. Obiektywnie rzecz ujmując takie wrażenie może pozostać i nie mam zamiaru szczególnie się tym przejmować - ostatecznie liczy się przecież moje bardzo subiektywne przekonanie, że po prostu wiem co dobre i po kiepskie książki nie sięgam ani nie marnuję czasu i pieniędzy na słabe kino. Ufff... Od razu lepiej, kiedy człowiek trochę sobie posłodzi.
          Wczorajszy wieczór - w bardzo miłym towarzystwie - spędziłam w kinie z bogatymi tradycjami i ciekawą historią - w warszawskim Muranowie. Byłam na filmie, który w polskiej wersji językowej jak zwykle obdarzony jest nie najlepiej przetłumaczonym tytułem. Trzeba przecież przyznać, że jest poważna różnica znaczeniowa między "wszystko w porządku" a "dzieciaki są w porządku" (ewentualnie "z dziećmi wszystko w porządku"). Dlatego wybieram oryginalny tytuł i tego mam zamiar się trzymać.
           Na plakacie reklamującym film znajduje się informacja, że wywraca on do góry nogami wszelkie dotychczasowe myślenie o rodzinie. Ja jednak nie zgadzam się z tym  - według mnie film ten wpisuje się właśnie w najbardziej tradycyjne myślenie o rodzinie i najpiękniejszy z możliwych sposobów jej pokazywania  w kinie. To już bardziej wywrotowy w tym sensie wydaje mi się film sprzed kilku lat, jeden z moich ulubionych - Little Miss Sunshine. Żadnego z nich jednak nie uznałabym za kino, które wywraca do góry nogami MOJE myślenie o rodzinie. Głęboko wierzę, że jeśli miłość między członkami rodziny okazuje się silniejsza od win, zdrad, własnych małych egoizmów, obsesji i lęków, to nie jest to żadne odstępstwo od normy. To jest właśnie norma, to właśnie tak powinno być w rodzinie. A czy w tej rodzinie jest mama i tata, czy dwóch ojców albo dwie mamy... To kwestie czysto techniczne. Jestem naiwna? Jeśli tak, jeśli moje przekonanie, że miłość nie musi mieć jednej twarzy i tylko jednego słusznego modelu oznacza, że jestem naiwna, to mam zamiar taka pozostać.
           The kids are all right to historia nastoletniego rodzeństwa i ich mam, które od lat żyją ze sobą w harmonijnym i pełnym miłości związku. Dzieci jednak dorastają - Joni (po Joni Mitchel) ma 18 lat i właśnie dostała się na studia, a jej młodszy brat, Laser, ma lat 15 i bardzo chce poznać ich wspólnego ojca... tj. "dawcę spermy". Pojawienie się Paula w życiu dzieci, a przede wszystkim w życiu Jill i Nic wywołuje niemałe zamieszanie. W kinie raz po raz rozlegały się salwy śmiechu, bo Cholodenko opowiada tę historię bardzo lekko i swobodnie, a przy tym z niezwykłym ciepłem i mądrością. Przeprowadza nas  delikatnie przez historię w gruncie rzeczy bardzo bolesną i niełatwą.
           Można by pomyśleć, że dwie kobiety w związku mają łatwiej... że przecież doskonale się rozumieją... że łatwiej im odgadnąć, czego nawzajem od siebie potrzebują... Gdyby to było takie proste, to pewnie kobiety już dawno skorzystałyby z pomysłu Juliusza Machulskiego i przeszły na dzieworództwo. Niestety, zbudowanie harmonijnego i szczęśliwego małżeństwa to ciężka praca, wielki wysiłek, a często też zaparcie się samego siebie. Dusza ludzka potrafi być mroczna, a ludzka seksualność jest bardzo skomplikowana. Czasami więcej jest pytań niż odpowiedzi. Ukryte gdzieś głęboko pragnienia i potrzeby mogą sprawić odkrycie w sobie Wielkiego Nieznanego. Nigdy nie wiadomo, kiedy wydarzy się coś, co wstrząśnie miłością dwóch osób i całą ich rodziną. I nigdy nie wiadomo, czy taki wstrząs przyniesie rozpad czy może odrodzenie się czegoś, co umknęło w codziennym życiu.
             To mądry film, wyreżyserowany z wyraźną czułością i humorem, a przede wszystkim wspaniale zagrany. A co najważniejsze, z pełną determinacją pokazuje, że siła więzów rodzinnych i małżeńskich nie jest zależna od płci, lecz od siły miłości, która nie tylko wybacza niedoskonałości, ale która w tych niedoskonałościach właśnie ma swoje najgłębsze źródło.
       

środa, 2 marca 2011

Za czyje grzechy?

Dorota Terakowska, Poczwarka, Kraków 2009.

            ... wokół była ciemność. I wody. Gęste, ciepłe, śluzowate. Dziecko tańczyło wśród nich spokojne i bezpieczne, lekkie i zwinne. Chciało tak wiecznie tańczyć. Na zewnątrz czyhały liczne niebezpieczeństwa: potężna grawitacja, wielookie i obce spojrzenia, obojętność lub nadmiar współczucia. Dziecko wiedziało o tym, zanim wypłynęło na suchy, bezlitosny świat. Lecz było Darem Pana i nie mogło zostać tam, gdzie chciało. Pan rozdaje swoje dary, nawet te nie chciane. Nic nie zostawia dla siebie.

            W każdym człowieku powinno być coś, o czym wie tylko on sam. Człowiek bez choćby jednej tajemnicy jesssst jak orzech, z którego po rozłupaniu zossstanie sssama ssskorupa. Ludzie za częsssto dbają tylko o ssskorupę. Masz szczęście, że jesssteś inna.

            Jest takie powiedzenie, że jeśli chce się rozśmieszyć Boga, trzeba zacząć planować. Adam i Ewa - imiona bez wątpienia znaczące - to wciąż jeszcze młode małżeństwo, które zapewniło już sobie wszystko, o czym takie właśnie młode małżeństwo może marzyć - piękny dom z ogrodem, kariera zawodowa, świetna pozycja itd. itp. Do pełni szczęścia brakowało tylko dziecka, więc, gdy Ewa zaszła w ciążę, oboje zaplanowali całe życie maleństwa, najlepsze szkoły, wspaniałe perpspektywy. Dziecko miało być ukoronowaniem ich życiowego dzieła - wielkie nadzieje, wielkie oczekiwania.
             I urodziło się... Ciężka postać downa, w dodatku z tajemniczą czarną plamką na tomograficznym zdjęciu mózgu.
             Ta powieść nie jest oczywiście żadną nowością na rynku wydawniczym, jej pierwsze wydanie miało miejsce w 2001 roku, Nie trafiłam na nią jednak wcześniej. I chyba dobrze. Nie byłabym gotowa na tę opowieść dziesięć lat temu. Nawet teraz czytałam ją z przerwami na oddech, głęboki i pełen... Czego właściwie? Nie współczucia, raczej przerażenia płynącego z niepewności co do sztywności mojego moralnego kręgosłupa. Jak postąpiłabym w takiej sytuacji? Czy wzięłabym na siebie taki krzyż?...
             Każdy z bohaterów powieści inaczej radzi sobie z tym niezwykłym Darem Pana - małą, niezgrabną, obślinioną Myszką. Ewa przyjmuje na siebie odpowiedzialność i obdarza dziewczynkę bardzo bolesną i trudną miłością, w której przywiązanie, czułość i radość z małych wychowawczych sukcesów idą w parze z rozgoryczeniem, nieludzkim zmęczeniem i gniewem. W przeciwieństwie do swego męża, nie chce oddać córki do żadnego zakładu opieki, swój idealny dom i idealne do tej pory życie podporządkowuje potrzebom i możliwościom córki. Adam natomiast bezwzględnie odrzuca dziewczynkę, brzydzi się jej nawet dotknąć. Uciekając przed małą, przed własnym sumieniem i pogrzebanymi marzeniami, zamyka się w swoim gabinecie, do którego nie dochodzą ani wrzaski Myszki, ani jej gruby bełkotliwy głos, ani płacz, ani nawet jej śmiech. Cały czas szuka przyczyny, szuka genetycznego "winnego". A jednak nie wyprowadza się i nie tylko dlatego, że opuszczenie żony z "niedorozwiniętym" dzieckiem źle by wyglądało. Adam - choć nie przyznaje się do tego nawet przed sobą - jest ciekawy Myszki, dziewczynka go fascynuje i to on często lepiej od matki rozpoznaje konkretne słowa w jej bełkotliwej mowie.
           Z całej tej poranionej rodziny to właśnie Adam wydaje mi się najbardziej godny współczucia. Ma tylko swoje rozczarowanie i swój ból, i jeszcze poczucie winy... Razem ze wstrętem do Myszki rośnie w nim poczucie obrzydzenia do samego siebie. Ten nieszczęśliwy człowiek nie zdaje sobie sprawy, że jedyną szansą dla niego jest przyjęcie Myszki, że odrzucaniem jej rani nie tylko tę niezwykłą dziewczynkę, ale przede wszystkim siebie.
            Wartość powieści Terakowskiej leży między innymi w tym, że nie ma tutaj ocen. Autorka nie czyni z Ewy świętej męczennicy ani z Adama nieludzkiego potwora. Postawa każdego z nich jest w jakimś sensie uzasadniona i zrozumiała,  ponoszą konsekwencje - zarówno trudnej miłości, jak i odrzucenia. Każde z nich cierpi, a cierpienie to ma wiele odcieni i wiele wymiarów.
           Przede wszystkim jednak zachwyca Terakowska umiejętnością wejścia w duszę i myśli tej upośledzonej dziewczynki. Nie próbuje wcale tworzyć wrażenia, że pod ułomną skorupą dziewczynki, kryje się istota w pełni sprawna. Nie próbuje nas mamić ani oszukiwać. Pokazuje jednak, że w tym ułomnym ciele kryje się wielka tajemnica, jakaś nieosiągalna dla zwykłego człowieka prawda. Pokazuje, że cielesna i umysłowa niesprawność nie jest jednoznaczna z ułomnością duszy.
           A dusza Myszki jest piękna i... roztańczona.