czwartek, 21 lipca 2016

Wątpliwości wokół Almodóvara


Julieta, reż. Pedro Almodóvar, Hiszpania 2016 r.

Wystawa Marc Chagall i malarze europejskiej awangardy, Muzeum Miejskie we Wrocławiu.
      Zaczęło się Święto Kina we Wrocławiu, moje kolejne już Nowe Horyzonty. Pierwszy dzień był długi, upalny i naznaczony kolorami surrealizmu i awangardy.
Przyjechałam wczoraj do Wrocławia wcześnie, a pierwszy seans miałam dopiero na 20:30. Było więc sporo czasu na zakupy, spacer i... wystawę prac graficznych Marca Chagalla i innych twórców europejskiej awangardy, w tym Picassa, Matisse’a czy mojego ulubionego Miró. Wystawa prezentowana jest w Miejskim Muzeum we Wrocławiu do końca sierpnia. W przyjemnym chłodzie starego budynku Pałacu Królewskiego można obejrzeć elegancko wyeksponowane grafiki i litografie, które stanowią wybór dzieł zgromadzonych w Witebsku na Białorusi, gdzie Chagall się urodził.
Pisanie o malarstwie to trochę jak tańczenie o architekturze. Zwłaszcza o malarstwie surrealistycznym. Są oczywiście metody i narzędzia służące do takiego opisu, poznaje się je na specjalnie do tego przeznaczonych studiach. Ja nie potrafię pisać o obrazach. Czuję je, czasem rozumiem, ale na ogół nasycam nimi zmysły. I dlatego polecam tę wystawę, zwłaszcza przed filmowym spotkaniem z Almodóvarem, którego dyskusyjna dla wielu estetyka jest mi bardzo bliska z tego samego powodu, z jakiego zachwycają mnie obrazy Miró czy Chagala. Wypełniają one moją naturalną potrzebę obcowania z pięknem.
Od lat zastanawia mnie skąd ta ambiwalencja w ocenie filmów Almodóvara. Często rozmawiam z ludźmi, którzy mają doskonałe wyczucie kina, z których zdaniem się liczę i których opinie mnie ciekawią. I gdy przychodzi do Almodóvara pojawia się konsternacja. No bo właściwie co takiego jest w tych filmach, poza czystą i w oczywisty sposób piękną formą? Takie piękno jest nierealne, sztuczne i banalne. Może chodzi o to, że hiszpańskiego reżysera trudno jest sklasyfikować, bo robi filmy formalnie zbliżającego go do kina artystycznego, wysmakowane, dopracowane w każdym najmniejszym nawet szczególe. Z drugiej strony grają u niego gwiazdy światowego formatu, takie jak Penelope Cruz czy Antonio Banderas, a opowiadane przez niego historie są na ogół prostymi opowieściami o uczuciach.
Najnowszy film Almodóvara też wzbudza takie wątpliwości. Myślę, że krytycy reżysera mogliby go określić trzema słowami: kiczowaty, łopatologiczny, banalny. Apologeci z kolei (do których i ja się zaliczam) powiedzieliby: piękny, wzruszający, bolesny. I co ciekawe, te trzy pary określeń wcale nie są w kontekście tego filmu antonimami. Julieta  jest jednocześnie piękna i kiczowata, łopatologiczna i wzruszająca, banalna i bolesna. Jak życie, jak codzienność, jak człowiek, który zbudowany z ciała i duszy jest zarówno ograniczony fizjologią, jak i wyposażony w nieposkromioną wyobraźnię.
Ten film przypomina trochę  Wszystko o mojej matce, ale mu zdecydowanie nie dorównuje. Almodóvar ślizga się tu trochę po wierzchu tematu, skądinąnd bardzo trudnego. Żal po odejściu bliskiej osoby przebiega indywidualnie i za każdym razem inaczej. W tej historii każdy z bohaterów zostaje dotknięty doświadczeniem straty i każdy z nich inaczej ją przepracowuje. Xoan i ojciec Juliety poradzili sobie z tym doświadczeniem iście po męsku (“mężczyzna potrzebuje kobiety”, jak mówi jedna z bohaterek), znajdując nową partnerkę. Tymczasem Julieta po śmierci Xoana wpada w depresję; gdy ucieka od niej córka przy życiu trzymają ją jedynie obsesyjne wyczekiwanie i gniew, które na przemian dezorganizują jej życie. Antia natomiast  cierpienie po stracie ukochanego ojca odłożyła o kilka lat, by wcześniej zaopiekować się pogrążoną w smutku matką. Ból, który zadała matce odchodząc, potrafi zrozumieć dopiero wtedy, gdy sama doświadcza straty dziecka.
Wszystkie te relacje i zależności zostały przez Almodóvara zaledwie naszkicowane, zaznaczone. Nie wnika on głęboko w psychikę swoich bohaterów, operuje schematem, a nawet stereotypami. Udaje mu się jednak dzięki temu stworzyć obraz, w którym to, co najważniejsze, ukryte jest między scenami i słowami. Pozostawione widzowi. “Dopowiedz sobie, wyobraź, ja tylko sygnalizuję”, zdaje się mówić reżyser.
Oczywiście, można też powiedzieć, że gdyby nie piękne widoki i piękni ludzie, nie byłoby w tym filmie na co patrzeć.
Można. I za to kocham kino.



wtorek, 26 kwietnia 2016

Siła iluzji


22.11.63, reż. Kevin MacDonald, Fred Toye, James Franco USA 2016.
Na podstawie powieści Stephena Kinga Dallas'63

Tym razem będzie o serialu. Nie pisałam o tym jak do krwioobiegu dostała mi się metamfetamina produkowana przez Waltera White’a i Jesse’ego Pinkmana, ponieważ Breaking Bad  obejrzałam na długo po premierze ostatniego sezonu. Znający się na tym ludzie uznali, że to jedna z najlepszych produkcji telewizyjnych w historii tego medium, a ja pod tą opinią podpisuję się obiema rękami. Ciekawa jestem jednak, czy widzieliście już 22.11.63? A jeśli widzieliście, to co Wy na to?
Ja - dzięki czyjejś świetnej intuicji i wiedzy - widziałam. Dziękuję. Kropka.
22.11.63 to napisany na podstawie powieści Dallas’63 Stephena Kinga (i przez niego także wyprodukowany) miniserial o wyjątkowym nauczycielu angielskiego, któremu powierzona zostaje misja zmiany historii. Jake Epping przenosi się w czasie, aby ocalić Johna Fitzgeralda Kennedy’ego przed śmiercią od kuli zamachowca. Jedna z najbardziej działających na wyobraźnię afer w historii XX wieku stała się punktem wyjścia dla opowieści o miłości, determinacji, rozczarowaniu i poświęceniu.
Nie chcę “spoilerować” tym, którzy jeszcze serialu nie widzieli, ale korci mnie, żeby rozpisać się tutaj o niuansach fabuły, o fenomenalnym zaplataniu wątków, budowaniu nastroju i mistrzowskim storytellingu. Z dziką frajdą wgryzłabym się w to, co pod powierzchnią, żeby opowiedzieć o subtelnie ukrytym w tej historii filozoficznym przesłaniu, że nic nie dzieje się przypadkiem, że każde spotkanie i każde zdarzenie ma swoją przyczynę i głęboki sens. To bywa trudne do pojęcia w jednostkowym wymiarze, ujawnia się dopiero w szerszym kontekście. Historia jest jak ekosystem, w którym każde stworzenie pełni swoją rolę. Nawet jeśli pozornie wydaje nam się, że bez komarów można się obejść (w moim jednostkowym, osobistym wymiarze obeszłabym się bez nich na pewno), to stanowią one pokarm dla ptaków i innych owadów, które z kolei stanowią pożywienie dla innych zwierząt. I tak jak w łańcuchu pokarmowym nie można usunąć ani jednego ogniwa, tak w historii każde wydarzenie, nawet najbardziej bolesne i trudne do zrozumienia, jest elementem niewymienialnym. To jest przesłanie tej opowieści.
Stephen King stworzył historię opartą na mocno już zgranym motywie podróży do przeszłości. Mamy tu nawiązania (a nawet pożyczki) do Opowieści z Narni, do Powrotu do przeszłości, Jankesa na dworze Króla Artura... Wymieniać dalej? Daruję sobie,, ponieważ zastosowanie tego zgranego motywu w tej historii ma ogromną świeżość i wiarygodność psychologiczną. Bezbłędnie wyważone zostały tutaj proporcje między wątkami romantycznymi, fantastyką, historią i dyskretnym humorem. J.J. Abrams, Bridget Carpenter oraz Stephen King, czyli autorzy adaptacji wiodą na manowce nawet najbardziej wyćwiczonego widza. Aktorzy są świetni, energetyczni, piękni i subtelni, a grane przez nich postacie wyraziste, wzbudzające emocje i zaangażowanie. Narracja filmowa płynna i elegancka. Dbałość o każdy szczegół zachwycająca.
To po prostu bardzo dobrze sfilmowana historia, a przy tym naprawdę doskonały produkt. I tutaj dochodzę do myśli, która stała się pretekstem do napisania tego krótkiego tekstu. Mam wśród moich znajomych (nawet bardzo bliskich) takich, którzy dzielą kino na artystyczne i komercyjne. To taki typ miłośników kina, którzy oceniaja film (serial) po wynikach oglądalności. Im wyższe, tym ich ocena bardziej krytyczna. To ludzie, którzy mówią: “Ja wiem, że to dobry film, że to jest świetnie napisane i w ogóle, ale mnie się nie podoba”. Oczywiście, o gustach się nie dyskutuje, ale na pytanie dlaczego się nie podoba pada odpowiedź: “bo to takie komercyjne”.
Tymczasem kino, literatura, teatr, malarstwo i każda inna sztuka dzielą się w moim przekonaniu na DOBRE i ZŁE. To czy coś się komu podoba, czy nie oczywiście pozostawiam indywidualnej ocenie i każdą opinię szanuję. Jednak jasno i wyraźnie chcę powiedzieć, że od widzów świadomych, oczytanych i lubujących się w “kinie artystycznym” oczekuję czegoś więcej niż argumentu “komercyjne, więc złe”. Jestem stałym widzem Nowych Horyzontów, potrafię zachwycić się nudą w kinie, a za Czechowa dałabym się pociąć, ale szczerze mówiąc chyba jeszcze bardziej zachwyca mnie twórca, który potrafi sprawić, że - mimo całego mojego zaplecza w postaci w miarę rozwiniętych wiedzy, intelektu i emocjonalności - idę za jego historią z ufnością dziecka, wierzę w iluzję i w to, że kryje się w niej jakaś ponadczasowa prawda, coś mi bliskiego, z czym mogę i chcę się utożsamić.
22.11.63 ma taką moc. A teraz przeczytam książkę i rozłożę tę adaptację na czynniki pierwsze. Będę się pławić w mistrzowskiej komercji! Dziękuję za uwagę!

niedziela, 27 września 2015

Zamiast Rutinoscorbinu

Anna Kossak, Pasja budzi się nocą, Wydawnictwo Prozami, Warszawa 2013.

          Jeszcze nie ruszyli z miejsca. Ona delikatnie dotknęła czołem jego skroni, i tak już została. Ich oddechy zsynchronizowały się, wyrównały. Dopiero wtedy on wykonał pierwszy krok. Powolny. Koci. Posuwisty. Potem drugi. Trzeci... Płynnie rozpoczęli swoją historię.
          Ewa nie wiedziała, co się z nią dzieje, ale jednego była pewna: przeżywała coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyła. Nie zastanawiała się nad tym, czy dobrze tańczy. Nie musiała. Nieznajomy tak prowadził, że czuła się w jego ramionach niezwykle kobieco i bardzo bezpiecznie. On doskonale wyczuwał muzykę i ją interpretował, zmieniał tempo. Czuła ogromną, skoncentrowaną na niej uwagę. Czuła, że podczas tego tańca jest dla niego najważniejsza i że liczą się tylko oni.
Przetańczyła tak całą tandę, potem drugą.
         Gdy wróciła do stolika, zobaczyła zachwycony wzrok Carmen, pełen uznania Krzysztofa, zazdrosny Buby i smutny Witka, który poczuł, że z nim Ewie nigdy nie było tak dobrze. Zadurzony biedak na szczęście nie wiedział, że zawsze jej z nim źle. 
- Wow! Ale wywijałaś nogami! - Carmen nie mogła wyjść z podziwu.
         Ewa nie mogła dojść do siebie.
- Właśnie przeżyłam... mentalny orgazm!
- Pierwszy raz? - Buba uśmiechnęła się z wyższością.
- Tak.
- To znaczy, że pierwszy raz tańczyłaś tango.


Dawno mnie tu nie było, oj dawno. Ale też w moim życiu bardzo dużo się wydarzyło. Odeszłam ze szkoły! Zdecydowałam się na trudną i wyboistą drogę freelancera. Nie powiem, żeby było łatwo, ale też wiem, że nie mogłam podjąć lepszej decyzji.
Od czasu, gdy byłam tutaj ostatni raz, zdążyłam także znaleźć nowych przyjaciół, którzy cudownie improwizują i prawdziwą bratnią duszę. Zmieniłam mieszkanie i skończyłam kurs scenariopisarstwa w Warszawskiej Szkole Filmowej.
Z tym ostatnim punktem wiąże się dzisiejszy wpis. Mój kurs przeznaczony był dla literatów, tudzież ludzi piszących, mających już pewne doświadczenie. Tak poznałam między innymi Annę Kossak, autorkę książki Pasja budzi się nocą.
Ania to piękna i silna kobieta, która na każdy temat ma swoje zdanie, nie da sobie w kaszę dmuchać i zawsze staje w obronie słabszych. Ania jest też uznanym psychologiem, choć pewnie w kontekście walki feministek z męskimi końcówkami powinnam napisać psycholożką. Ci, którzy mnie znają wiedzą jednak, że nie trawię tej mody na żeńskie końcówki, które moim zdaniem zwyczajnie szpecą nasz język. Na szczęście to mój blog i nikt mnie nie zmusi do ich używania.
A wracając do tematu, podłoże psychologiczne jest w tej powieści bardzo ważne. Każde zachowanie bohaterek jest dokładnie wyjaśnione i stanowi ilustrację najczęstszych problemów emocjonalnych pokolenia współczesnych trzydziesto- i czterdziestolatków. To jest zresztą największa wartość tej powieści: na przykładzie dość niestety papierowych postaci wyłożone zostają wcale nie proste teorie, objaśniające nasze postępowanie w relacjach z ludźmi. Główne bohaterki - Ewa, Beata i Zuza zmagają się z różnymi nieprzepracowanymi traumami i nie potrafią ułożyć sobie życia, bo wciąż wybierają niewłaściwych mężczyzn, a tych, których mają pod nosem po prostu nie dostrzegają.
Ewa - nieco egzaltowana, ale sympatyczna i bardzo inteligentna, a przy tym piękna - nie potrafi zrozumieć dlaczego jej ukochany mężczyzna nie chciał się z nią ożenić, ale gdy odzyskuje chęć do życia i poznaje tego “zamówionego z kosmosu”, okazuje się po prostu, że tamten facet był frajerem, a ona była dla niego za dobra. Ten zamówiony z kosmosu nosi ją na rękach, pada na kolana i jest bajecznie bogaty. Okazuje się, że wystarczyło złożyć odpowiednie zamówienie.
Beata - racjonalna do bólu, ale wcale nie mniej przez to wrażliwa - ciągle dokonuje złych wyborów i cierpi kochając, a sama nie będąc kochaną. Na szczęście kosmos wie, co jest dla niej dobre i sam zsyła jej tego właściwego księcia.
Zuza z kolei to przypadek z pozoru beznadziejny, za dużo pije, źle traktuje swoich pracowników i bzyka kogo popadnie, niszcząc swoje małżeństwo z cierpliwym i dobrym Maurycym. Mimo to tę postać najbardziej polubiłam - ma babka cięty język i poczucie humoru. A przede wszystkim ma skazę, z którą sama sobie radzi, zawraca z równi pochyłej i wychodzi na prostą.
Jest jeszcze Carmen, ale ona jest wzorem cnót bijącym na głowę Małgorzatę Rozenek jako perfekcyjną panią domu. Nie ma żadnych problemów emocjonalnych i tworzy z mężem najdoskonalszy związek pod słońcem. W końcu takie kobiety na pewno też gdzieś są...  Warto dodać, że mężczyźni nie mają w tym świecie w zasadzie żadnych problemów. Nadają się albo do przemilczenia i wytarcia gumką-myszką z pamięci, albo są doskonali jak z obrazka. Kosmiczni...
Dużą siłą powieści jest tango argentyńskie, w rytm którego opowiadana jest historia. Autorka odkrywa rąbek tajemnicy o tym niezwykłym tańcu, o łączącej się z nim namiętności i pasji, która budzi się wprawdzie nocą, ale gdy zarazi bakcylem, zostaje z człowiekiem na zawsze. Tango jest też ogniwem łączącym dwa główne wątki powieści - romansowy i kryminalny. Namiętność może bowiem prowadzić do bardzo mrocznych zakamarków ludzkiej duszy.
Słabością książki jest niekonsekwencja gatunkowa - jak na romans, bohaterkom trochę za łatwo przychodzi droga do szczęścia; jak na kryminał, za mało jest zagadek logicznych i kryminalnych trików, które każą czytelnikowi obgryzać paznokcie z napięcia; jak na thriller, czarny charakter jest zbyt... sterylny, a przez to mało przerażający. Dobrze by też zrobiło tej historii skupienie się na jednej bohaterce - każda z nich ma osobowość na oddzielną powieść. Może to jest pomysł? Kolejne tomy, w których każda z bohaterek ma swoją własną przygodę?...
Niezależnie od pewnych słabości Pasja budzi się nocą to bardzo przyjemna powieść na długą podróż lub zimny jesienny wieczór, gdy ciepła herbata, puchaty koc i historia miłosna z "happy endem" są lepszym lekarstwem niż osławiony Rutinoscorbin.



wtorek, 12 sierpnia 2014

Czarne kadry.



 Żona policjanta, reż.  Philip Gröning, Niemcy 2013.

To już ostatni festiwalowy wpis i mój ostatni film na tegorocznych Nowych Horyzontach. Ostatni i chyba najważniejszy. Obok Białego Boga. Z tą różnicą, że Mundruczó wzbudził zachwyt, a film Philipa Gröninga uruchomił wyobraźnię i pamięć. Uruchomił boleśnie. Może dlatego z trudem przychodzi mi dobieranie zdań…
Temat przemocy w rodzinie czy w związku nie jest ani nowy, ani oryginalny. Sztuką jest jednak zrobić film, który nie banalizuje i nie spłyca tematu. Znalezienie takiej formuły, która sprawi, że po wyjściu z kina na długo pozostanie w głowie pulsująca rana, że problem nie spłynie jak przysłowiowa woda po kaczce to nie tyle wyzwanie, co rodzaj zobowiązania wobec tych, którzy na co dzień stykają się z prawdziwą przemocą.
Żona policjanta  to swoisty filmowy poemat o złu, które wdziera się między ludzi. Myślę, że reżyser świadomie wybrał dość stereotypowo swego bohatera - policjant, który w domowym zaciszu tłucze żonę, to całkiem powszechne wyobrażenie. Uproszczenie schematu motywacji pozwala zobaczyć, że problem dotyczyć może każdego. Policjant styka się z gwałtem, śmiercią i musi odreagować. A lekarz? Pacjent może mu przecież umrzeć na stole. A nauczyciel? Sama dobrze wiem, jakie spustoszenie pozostaje po całym dniu w szkole. A sfrustrowany dozorca? Przykłady można by mnożyć, bo nie od wykonywanego zawodu zależy skłonność do agresji. Wybierając na bohatera policjanta, reżyser mógł skupić się na samym zjawisku przemocy i próbie zdiagnozowania jej źródeł. Przede wszystkim jednak na dramatycznym splocie relacji kata i ofiary. Pytanie o to dlaczego bita ofiara nie odchodzi jest jedną z największych zagadek ludzkiej psychiki.
Philip Gröning, kreując bohaterów, stosuje zasadę behawioryzmu – nie ocenia, nie subiektywizuje relacji między nimi, po prostu pokazuje obrazki z życia młodej pary z małym dzieckiem, która żyje w eleganckiej i czystej dzielnicy na przedmieściach. I wcale nie epatuje brutalnością – podczas trzygodzinnego seansu oglądamy może dwie sceny faktycznej, fizycznej przemocy. Bo  Philip Gröning wpadł na genialny w swojej prostocie pomysł. Wiem, że słowo „genialny” jest wielkie i nie należy go nadużywać. Zaznaczam więc, że w tym wypadku robię to z pełną świadomością i odpowiedzialnością.
Film zbudowany jest z sześćdziesięciu rozdziałów, z których każdy podzielony jest na dwie części – początek i koniec. Zabieg ten w pierwszej fazie filmu wydaje się irytujący i niezrozumiały, ponieważ każdy „koniec” to kilkusekundowe wyciemnienie kadru. Sens tego pomysłu dotarł do mnie, gdy gdzieś po dwudziestym rozdziale w migawce z nagłówkiem „początek” zobaczyłam siniak na udzie kobiety.
Czarne kadry. Zasłona milczenia. W ich kontekście symbolika niektórych ujęć, obrazki rodzinnej sielanki, czystego domu będącego obszarem zamknięcia nabierają przerażającego wymiaru. Nikt nie wie i nikt, kto przemocy nie doświadczył, nie zrozumie lęku, poniżenia i uzależnienia od swego oprawcy. Ten czarny kadr jest dla mnie wyrazem świadomej niemocy twórczej – opowiedzieć o traumie przez jej przemilczenie to jedyny według reżysera sposób na dotknięcie tego tematu.
Bardzo skuteczny. Kiedy wyszłam z kina, długo nie mogłam dojść do siebie. Nie tylko dlatego, że nagle zaczęłam przyglądać się uśmiechniętym parom na ulicy z pytaniem ile kobiet nosi siniaki pod bluzką. Mignęło mi też kilka obrazków z zamierzchłej już na szczęście przeszłości. Jakaś poduszka, która podczas awantury śmignęła mi przed twarzą i  wylądowała na ścianie. Raniące słowa celujące w samoocenę. Kilkutygodniowe milczenie, bo nie chciało mi się zrobić kanapek…
Czy to mógł być „początek”? Jaki byłby „koniec”?
Bardzo mnie dotknął ten film. To wszystko…



poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Tata Superbohater?



Turysta - siła wyższa, reż. Ruben Östlund, Szwecja 2014.

Podobno Ruben Östlund jest uczniem Hanekego. Wpływy wielkiego mistrza w Turyście są wyraźne, a nawet powiedziałabym nazbyt wyraźne. Grubymi nićmi wydaje mi się szyty ten dystans i filmowe złamanie realistycznej „czwartej ściany”. Krótko mówiąc, mimo kuluarowych zachwytów, Turysta – siła wyższa był dla mnie pewnym rozczarowaniem.
Nie aż takim jednak, żeby wyjść z kina. O nie! Historia bowiem jest opowiedziana i z wyczuciem suspensu, i z poczuciem humoru i ze świadomością poziomu komplikacji relacji międzyludzkich. W dodatku na bardzo subtelnej tkance, na co dzień nieuświadomionej i traktowanej bez odpowiedniej refleksji. Film opowiada bowiem o tym, co ukryte jest za nieskazitelną fasadą. Jak ramka ze zdjęciem rodziny – uśmiech, zabawa na śniegu, radość z bycia razem i wieczne oddanie. To na zewnątrz, a pod spodem grzyb toczący ten papierek z fotografią. Od pozowania szczęśliwej rodzinki do zdjęć zaczyna się zresztą film.
Poznajemy więc szczęśliwą kobietę, która przyjeżdża na narty z mężem i dwójką dzieci. Piękne obrazki wspólnej zabawy i wypoczynku delikatnie zakłócają mimochodem rzucane przez kobietę uwagi o zapracowaniu męża, który wreszcie znalazł chwilę tylko dla nich. Domyślamy się zatem, że niby różowo, a jednak ponuro… Przynajmniej na co dzień. Od święta sielanka…
Tę sielankę zakłóca jednak przygoda z lawiną. Podczas obiadu na restaurację spada lawina śniegu. Kobieta zostaje z dziećmi, a mąż bierze telefon, rękawice i… ucieka. Gdyby jeszcze lawina była prawdziwa, żona z dziećmi zginęłyby pod śniegiem, a on przed światem odgrywałby zrozpaczonego wdowca. W skrytości ducha natomiast zalewałby poczucie winy mocnymi trunkami lub po przepisowym okresie żałoby, założyłby nową rodzinę.
Na nieszczęście dla niego, lawina okazuje się tylko jedną z atrakcji turystycznych, a jego uroczej żonie nie umknął fakt, że przystojny i uwielbiany mąż jest zwykłym tchórzem i egoistą. Zaczyna się między nimi emocjonalna przepychanka, bo ona ma uzasadniony żal. I nie przekona mnie, że w sytuacji ekstremalnej człowiek jest nieobliczalny. Jest, ale to nie zwalnia z odpowiedzialności. A w każdym razie nie zwalnia z uczciwości. O ile bowiem rozumiem jeszcze, że omsknęły się trochę facetowi odwaga i miłość do rodziny, o tyle tak perfidnego udawania, że białe jest czarne, a czarne białe (i bez skojarzeń, proszę!) nie rozumiem i nie akceptuję. Dodam jeszcze mimochodem, że reżyser wyjątkowo paskudnie portretuje męskie ofiary kryzysu wieku średniego.
I gdyby film był na poważnie, zakończyłoby się jakimś dramatycznym rozstaniem, które i u Östlunda wisi na włosku. Ponieważ jednak reżyser bezceremonialnie przechodzi od powagi do śmiechu i z powrotem, bohater dostaje drugą szansę. Przedstawienie dla dzieci odegrane do spółki z żoną pozwala mu w oczach pociech odzyskać wizerunek Wielkiego Taty, Superbohatera. Tyle że zostaje jeszcze ostatnia scena, która wszystko inne stawia pod znakiem zapytania.
Po zakończeniu filmu uznałam (w rozmowie z Koleżanką), że ostatnia scena była niepotrzebna. Wystarczyłoby zakończyć film ujęciem szczęśliwej rodzinki wracającej do domu. Im więcej jednak o tym myślę, tym bardziej mam wrażenie, że to właśnie ta ostatnia scena jest kwintesencją całego filmu. Można bowiem udawać, ile się chce, ale prawda ostatecznie i tak wyjdzie na jaw. I znowu to kobieta okaże się być tą, która nie boi się ani zawalczyć, ani zaprotestować, ani ratować życie swojej rodziny.
Czy jest to film o upadku ideału mężczyzny, który wobec kobiecej ekspansji wycofał się i uznał, że już nic nie musi? A może jest to film o człowieku, który po prostu nie zawsze dorasta do własnych o sobie wyobrażeń… Trochę męczyło mnie, że nie mogłam jednoznacznie określić nastroju tego dzieła. Powaga, ironia czy żart? Stąd to niewątpliwe rozczarowanie. Ale z każdym kolejnym napisanym w tym miejscu słowem dochodzę do wniosku, że Östlund bardzo subtelnie, a jednocześnie niezwykle ostro kpi sobie z naszego przekonania, że jesteśmy bez skazy.

Złudzenia umierają młodo.



Zawsze woda, reż. Naomi Kawase, Japonia - Francja - Hiszpania 2014.

W tym roku po raz pierwszy naprawdę posmakowałam festiwalu i nawet udało mi się w końcu zapamiętać nazwiska twórców szczególnie ważnych dla Nowych Horyzontów . Naomi Kawase należy do ulubionych i z obawą (wspominałam już, że azjatyckie kino wzbudza we mnie spore obawy), ale też ciekawością wybrałam się na film tej japońskiej reżyserki.
Było może kilka niepotrzebnych dłużyzn, ale cały obraz jest naprawdę piękny i poruszający. To taki film, w którym każdy może znaleźć coś dla siebie. Jednocześnie Kawase nie wpada w pułapkę tworzenia filmu „dla wszystkich i dla nikogo”.
Przede wszystkim cudowne zdjęcia. Morze spokojne, rozmarzone, słoneczne, ponure, groźne, śmiertelne. Morze za dnia i nocą. Morze, które stanowi dla bohaterów centrum świata, źródło dochodu, obsesji, lęków, ale i wyciszenia, ucieczki lub prostego relaksu. Urocza jest scena, gdy główna bohaterka pływa w szkolnym mundurku i uśmiecha się przez fale do swego wujka.
Wujek to zresztą w tym filmie postać bardzo symboliczna. Jest ubrany na biało (a jak wiadomo kolorem żałoby jest biel, a nie czerń) i pojawia się już w pierwszym ujęciu. Zabija biało kozę. To ubój rytualny, przywiązane za nogi zwierzę wydaje straszne jęki, gdy nacina mu się kark, by wolno popłynęła struga krwi. Ta scena powtarza się w filmie dwukrotnie jak symboliczny nawias, w który wpisany został dramat śmierci i śmiertelności. Bohaterowie tego filmu dojrzewają do pogodzenia się z faktem nieprzemijalności własnej i najbliższych. Śmierć jest klamrą spijającą fabularnie cały film. Zaczyna się od śmierci nieznanego człowieka, który utonął w rozwścieczonym morzu.Budzi ona przerażenie mieszkańców, zwłaszcza jednego z pary głównych bohaterów.
Cały ten film jest zresztą opowieścią o dojrzewaniu, na wielu płaszczyznach. Główni bohaterowie to para nastolatków, których zaczyna łączyć uczucie. Dojrzewają więc do bliskości, do okazywania jej sobie, do rozumienia gestów wycofania i czułości, które są jak przypływy i odpływy wszechobecnego morza. Najważniejsze jest jednak ich dojrzewanie do odpowiedzialności i równowagi. Jedno z nich musi pogodzić się ze śmiercią matki, a drugie rozpaczliwie pragnie swoją matkę, pogrążoną w romansach i własnych ucieczkach, odzyskać. 
Nastoletni bunt i niezgoda na porządek tego niedoskonałego świata zostają tutaj zderzone zarówno z mądrością, jak i z głupotą dorosłych. Młodzi bohaterowie uczą się, że nic nie jest doskonałe, ale ze wszystkiego można wycisnąć jakieś dobro, jakieś piękno. Kawase z czułością przygląda się miotaniu młodego człowieka, stopniowo pozbywającego się złudzeń, bo wie, że każdy musi przez to przejść.

Nieco sentymentalny, ale bardzo mądry jest ten film. Pozostawił mnie z poczuciem, że nie warto kierować się w życiu lękiem. A już najmniej należy bać się tego, co nieuniknione. Śmierć jest dla żyjącego człowieka na ogół czymś abstrakcyjnym, niemożliwym. Dlatego się jej boimy i jest wielką sztuką ten lęk opanować. Kawase pokazuje śmierć jako rytuał przejścia, w którym uczestniczy umierający i wszyscy jego bliscy, którzy tańcem i śpiewem pomagają odejść. Takie umieranie to nie umieranie, tylko początek podróży… 
A przy okazji: plakat do filmu przypomina mi plakat do mojego ukochanego filmu z czasów licealnych, Wielkiego Błękitu  Luca Besson. Tam też zejście w morskie głębiny było początkiem nowej podróży.