wtorek, 24 maja 2011

Życie jest piękne...

Potiche: Żona doskonała, reż. François Ozon, Francja 2010.

          ... a miłość jest tajemnicą. Zanim oskarżona zostanę o posługiwanie się sformułowaniami banalnymi i wytartymi, chciałabym nieśmiało przypomnieć, że jak twierdzą mądrzy ludzie, życie składa się z banałów. Te stwierdzenia same w sobie są arbitralne, niemal niepodważalne, a jednak ciśnie się na usta proste pytanie: dlaczego życie jest piękne, a miłość to tajemnica?
            Nie chcę oczywiście przez to powiedzieć, że film Potiche (kolejne trafne jak kula w płocie polskie tłumaczenie tytułu - "potiche" znaczy "bibelot") na te pytania odpowiada. Raczej zmusił mnie do tego, żebym je sobie zadała. Z heroiczną świadomością braku sensu tej czynności, bo odpowiedzi na nie w zasadzie nie ma... Są przypuszczenia, dywagacje... ale odpowiedzi właściwie tyle, co ludzi, czyli dramat nadmiaru.
            Film, z charakterystyczną francuską swadą, opowiada historię pani Pujol - żony bogatego przedsiębiorcy i matki dwojga dorosłych już dzieci. Mówi się, że Anglicy z mlekiem matki przyswajają sobie Shakespeare'a - Francuzi mają tak chyba z Molierem, bo jest w tym filmie coś bardzo molierowskiego. Galeria postaci składająca się na pewne typy osobowości, a przy tym każda z nich zindywidualizowana i pełna życia.
           Jest więc pan Pujol - porywczy mizoginista, który odziedziczył po teściu fabrykę parasoli i sprawuje w niej rządy "twardej ręki". Zdradza żonę z sekretarką, którą z kolei zdradza z kim popadnie. Uważa, że miejsce żony pana Pujol na pewno nie jest w kuchni, nie jest też w nocnym klubie i w ogóle "to o co właściwie chodzi? niczego ci nie brakuje!". Jego arogancja i brak zrozumienia dla potrzeb pracowników sprawiają, że w fabryce wybucha poważny strajk, któremu sam nie potrafi zaradzić... Jego stosunek do żony woła już o pomstę do nieba. Dość skutecznie...
           Jest córka, która wytyka matce, że jest bibelotem, kurą domową i żyje ze świadomością bycia zdradzaną. Sama jednak niewiele się od matki różni... Choć może zbyt pochopna to opinia, ostatecznie bowiem okazuje się, że matka i córka są jednak bardzo, bardzo różne. Jest i syn. Artysta o bardzo liberalnych poglądach, który ma zupełnie inne plany i marzenia niż kierowanie w przyszłości fabryką parasoli.
           Jest też rezolutna sekretarka, romansująca z szefem. Z rozwianym rudym włosem gotowa nieść każdy rodzaj pomocy wszędzie i o każdej porze. Do czasu, gdy nie zachwyci jej pełna godności postawa kobiety, za plecami której dostarcza swemu szefowi nieregulaminowych przyjemności.
            Jest i szczególnej urody burmistrz miasteczka, którego łączy z panią Pujol pewna przeszłość. Liberał o socjalistycznych poglądach, walczący o poprawę sytuacji robotników, a przy tym - choć porywczy - niezwykle ciepły, doświadczony przez życie i przyjaźnie nastawiony do świata człowiek.
            Jest wreszcie pani Pujol. Niezwykła kobieta! Kura domowa, bibelot, popychadło - z pozoru oczywiście. Faktycznie jest to kobieta, która mimo rozczarowania, żalu i zepchnięcia na margines życia własnej rodziny potrafi biegać po lesie zasłuchana w śpiew ptaków, pisać wiersze o wiewiórkach, tańczyć i śpiewać podczas gotowania, a przede wszystkim zakasać rękawy i wziąć się do pracy, by uratować od zagłady firmę stworzoną przez jej ojca. Uratować, postawić na nogi, uczynić zakładem nowoczesnym i intrygującym. Kobieta, która porażkę przekuwa w sukces. Kobieta o klasie takiej, jaką mieć może chyba tylko Catherine Deneuve. Kobieta, dla której miłość nie jest jednostronnym obrazem, ale właśnie tajemnicą, bo nie ma sensu szukać odpowiedzi na pytanie dlaczego kocha się tę, a nie inną osobę. Dlaczego trwa się przy kimś latami, choć ten ktoś zdecydowanie na to nie zasługuje. Dlaczego wybacza się zdrady wszelkiej maści... Przede wszystkim jednak pani Pujol jest kobietą, w której kryje się wiele tajemnic i która ma osobowość silniejszą niż cała zła energia jej męża, jaką wnosił przez niemal wszystkie lata małżeństwa w jej życie. 
            Dlaczego życie jest piękne? Nie mam pojęcia i dobrze mi z tym. Wiem tylko, że nie można dostrzec i zrozumieć piękna świata, dopóki nie dostrzeże się i nie zrozumie piękna w sobie.
            
          




środa, 4 maja 2011

Ofiara wciąż się powtarza.

Młyn i krzyż, reż. Lech Majewski, Polska - Szwecja 2011

             Wygląda na to, że ostatnio znacznie więcej oglądam niż czytam. Ukryte gdzieś z tyłu głowy poczucie winy z tego powodu znika, gdy oglądam filmy tak głęboko zanurzone w sztuce i mądrości jak Młyn i krzyż. Powodów do obejrzenia tej najnowszej produkcji Lecha Majewskiego (Basquiat - Taniec ze śmiercią, Wojaczek, Angelus) jest wiele. I warto było zobaczyć go właśnie w czas Wielkiego Postu, w czas refleksji nad sensem życia, cierpienia, w czas, kiedy robimy rachunek sumienia. Przynajmniej powinniśmy... Warto było też napisać o tym w czas Wielkiego Postu, ale jakoś się nie złożyło... Wracam jednak do tego tematu, bo film w niektórych kinach wciąż można zobaczyć (na przykład w warszawskiej Feminie).
              Sporo powstało już w historii kina filmów inspirowanych dziełami malarskimi - wyjątkowość Młyna i krzyża polega na tym, że obraz Bruegla Procesja na Kalwarię nie jest li-tylko inspiracją. Jest przestrzenią - miejscem i czasem, w jakich dzieje się akcja filmu, jest całym światem przedstawionym, a przynajmniej jednym z tych światów, gdyż film odczytywać można na kilku co najmniej płaszczyznach interpretacyjnych.
              Zacznijmy zatem od przyjrzenia się obrazowi...
Pieter Bruegel, Procesja na Kalwarię, 1564

             Zbudowany jest z siedmiu różnych perspektyw, znajduje się na nim pięćset postaci, z których każda ma swoją historię, ale ta najważniejsza postać - ta najważniejsza opowieść - jest ukryta...To częsty zabieg na obrazach Bruegla. Wystarczy przywołać znany niemal wszystkim Upadek Ikara. Trzeba wysilić wzrok, umysł i serce, żeby dostrzec najistotniejsze... W centralnym miejscu Procesji na Kalwarię, wśród tłumu przedziwnych postaci, można dostrzec upadającego pod ciężarem krzyża Chrystusa. Ludzie na płótnie nie dostrzegają jednak tego wydarzenia, które miało zmienić świat, bieg historii... Patrzą na Szymona Cyreńczyka, którego straż odciąga od żony, by pomógł nieść krzyż... Nad całym tym widokiem góruje wysokie wzniesienie, a na nim tajemniczy młyn. W prawym dolnym rogu, z twarzą przytuloną do słupa stoi także sam autor i przygląda się  temu wydarzeniu. 
           Lech Majewski zrobił film mądry i piękny. Być może stało się tak dzięki zastosowaniu w produkcji zdecydowanie niekomercyjnej techniki komputerowej typowej dla kina akcji. Po raz kolejny zagrała też przestrzeń Jury Krakowsko-Częstochowskiej - w 1967 Wojciech Jerzy Has (mistrz Majewskiego) "oszukał" widzów Rękopisu znalezionego w Saragossie. Wtedy Jura grała gorącą Andaluzję, tym razem holenderski chłód.
           Majewski powtarza w swoim filmie tezę Bruegla, że najważniejsze jest trudne do zauważenia, że ofiara powtarza się każdego dnia, a my przechodzimy koło niej obojętnie albo pełni niemocy. Jedna z pierwszych scen filmu - okrutna śmierć młodego człowieka, pokazana w sposób niezwykle plastyczny - ma wymowę przede wszystkim symboliczną. Ma pokazać, że tamta niewinna ofiara sprzed 2000 lat była i jest częścią codziennego życia, tak jak i śmierć jest częścią życia. Stąd tytuł - młyn to krzyż puszczony w ruch, młyn to czas, który zatrzymuje się w chwili ofiary...
            W pewnym sensie Majewski oswaja nas więc ze świadomością śmierci, ale ważniejsze wydaje się to, co mówi w sensie aksjologicznym. Zło jest częścią życia, wszyscy jesteśmy za nie odpowiedzialni, wszyscy mamy swój udział nie tylko w tamtej krzyżowej ofierze, ale w każdej innej również. Paradoksalnie, ta odpowiedzialność ma wymiar egzystencjalny, nic nas z niej nie zwalnia, ani wiara, ani brak wiary.

wtorek, 5 kwietnia 2011

Cena wolności.

Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł, reż. Antoni Krauze, Polska 2011.

             Jestem wstrząśnięta... Obejrzałam ten film trzy tygodnie temu, ale poziom poruszenia nie minął. Wstrząsnęło mną tak bardzo nie samo dzieło filmowe, co opowiedziana historia. Prawdziwa HISTORIA.
              Od dawna już wiadomo, że właśnie Ona, Historia, pisze scenariusze, którym fikcja literacka najczęściej nie jest w stanie sprostać. I wiemy z podręczników albo z opowieści, że tak było, że nieśli przez miasto na drzwiach, że strzelano do ludzi jadących do pracy... Wiemy, ale sugestywność obrazu filmowego w brutalny sposób odświeża naszą wiedzę. Jest z tym chyba trochę tak, jak ze słowem, które zostało wypowiedziane - nie można go cofnąć, zostaje na zawsze pomiędzy ludźmi, którzy tymi słowami się wzajemnie przerzucają.
             Tak samo jest z wiedzą o tym, co się wydarzyło. Przeczytane porusza naszą wyobraźnię, ale pozostaje niejako poza świadomością, ukryte głęboko w pokładach naszego umysłu, niewyzwolone. Obraz sprawia, że wizje z naszej wyobraźni nabierają realności. No, przynajmniej ja tak mam...
             A Czarny czwartek to film bardzo realistyczny, niemal dokumentalny w swym charakterze. Niedziwne to zresztą, skoro bazą do tej opowieści są wspomnienia żony głównego bohatera - Bruna Drywy. Dodatkowym plusem filmu jest powierzenie głównych ról aktorom, których twarze nie są powszechnie rozpoznawalne, gdyż na co dzień grają raczej w teatrach (na przykład w Teatrze Wybrzeże), którzy grają bez gwiazdorskiej maniery, są niemal anonimowi i dzięki temu film staje się jeszcze bardziej prawdziwy w swojej wymowie. A przy tym zarówno Michał Kowalski w roli Bruna, jak i Marta Honzatko w roli jego żony, Stefy, są głęboko wzruszający.
            Nie będę streszczać filmu, bo to bezcelowe. Nie będę go też recenzować, bo to niepotrzebne - tego typu filmy nie mają za zadanie zachwycać poziomem artystycznym i oryginalnością, mają tylko (sic!) zilustrować historię, którą napisało samo życie i - jak w tym wypadku - wpisana w nie cyniczna, zakłamana i zbrodnicza polityka początku lat 70-tych ubiegłego wieku.
           Chcę napisać jedynie o tym, co szczególnie mnie w tym filmie poruszyło. Oprócz bulwersujących scen związanych z potajemnym pogrzebem w nocy, w pośpiechu, bez śpiewów i okazania należytego szacunku zmarłemu, wciąż mam przed oczami obraz młodego chłopaka, który przyszedł do szpitala odwiedzić pracującą tam matkę. Bezlitośnie pobity i zmuszany do pokonywania słynnej "ścieżki zdrowia" ledwo trzyma się na nogach, ma w oczach strach i jakiś niewypowiedziany ból niezrozumienia. Jak małe dziecko, które nie pojmuje dlaczego zostało tak straszliwie ukarane.
           Wiele było w tym filmie poruszających scen, ale to właśnie tej nie mogę zapomnieć. Gdy myślę o filmie Czarny czwartek, to właśnie ten obraz staje mi przed oczami. I myślę też o tym, że wraz z wolnością, którą za tak bolesną cenę wywalczyli dla nas ludzie poprzednich pokoleń, przyszła arogancja, stagnacja i poczucie, że wszystko się nam należy. Narzekamy na co tylko się da narzekać i zapominamy, że jesteśmy prawdziwymi szczęściarzami. Choćby dlatego, iż nie musimy się obawiać, że W IMIENIU PRAWA ktoś nas zabije w drodze do pracy albo do szkoły. I rośnie we mnie taki lęk, że dziś niewielu z nas odważyłoby się zaryzykować swoje wygodne życie w imię wolności.
            Może się jednak mylę? Może z wolnością jest jak z powietrzem - nie zauważamy, że jest i że bez niego nie da się żyć, dopóki go nie zabraknie, a wtedy... Wtedy walczymy, bo wolność to powietrze, wolność to życie.

sobota, 26 marca 2011

Co jest siłą, co słabością?

The King's speech, reż. Tom Hooper, Australia - USA - Wielka Brytania 2010.

            Uwielbiam Colina Firtha! Od lat! Dumę i uprzedzenie w wersji BBC znam na pamięć a wszystkie komedie romantyczne z Bridget Jones i Love Actually na czele stanowią najdoskonalsze remedium na moje wieczory przygnębienia. I to akurat nie byłoby wcale takie dziwne, ale ja znam nawet takie filmy z Colinem (z powodu mojego głębokiego platonicznego uczucia pozwalam sobie na tę poufałość), których nikt nie pamięta, jak Conspiracy czy Trauma. Znam jego debiut filmowy - Another Country, znam opowiadanie jego autorstwa, którego tytułu chwilowo nie pomnę. Krótko mówiąc - obsesja.
            Rzecz jednak w tym, że od lat wiedziałam również, że urok Colina Firtha nie tkwi wyłącznie w orzechowych oczach, rozwichrzonych włosach i białej mokrej koszuli przylegającej do ciała (a wszystko na tle soczyście zielonej angielskiej łąki). To po prostu świetny aktor, sprawdzający się w każdym repertuarze. Taki aktor, jakich lubię i cenię najbardziej - inteligentny, z poczuciem humoru i dystansem do siebie...
          Dlatego właśnie, kiedy tylko pojawił się na ekranach polskich kin film o bardzo niewdzięcznym (znowu - sic!) polskim tytule Jak zostać królem? byłam w kinie już dzień po premierze (już, bo pewnie w dniu premiery byłam zajęta). Sala kinowa wypełniona była po brzegi - tyle nominacji do Oscara zawsze robi swoje. Ja poszłam nie dla samej historii opowiedzianej w tym filmie, nie z powodu wszystkich zachęcających recenzji, ale oczywiście dla Colina.
          Nie będę oceniać słuszności przyznania temu artyście najważniejszej nagrody filmowej, bo jestem oczywiście stronnicza i mogłabym przez to nie wydać się wiarygodna. Nawet gdyby nie była to tak świetna rola, dopracowana w każdym szczególe, w każdym grymasie, dźwięku i - co dla tego filmu szczególnie ważne - w każdym słowie, to i tak uważałabym, że na Oscara zasłużył. Firth zbudował postać człowieka uwikłanego w kompleksy, walczącego przez całe życie z własnymi słabościami, wśród których jąkanie się jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. Człowieka zdeterminowanego, by naprawić siebie, wszystkie swoje "usterki", bo taka jest jego powinność. A przy tym Firth, choć nadaje tej postaci głęboko ludzki wymiar, nie zapomina, że jest to książę, później król i tę królewskość Georga VI pokazuje w każdym niemal ruchu i geście.
          Sam film natomiast... no cóż, moim zdaniem Black Swan był lepszy, bardziej poruszający, tajemniczy i zaskakujący. Nie znaczy to oczywiście, że nie podobał mi się The King's speech. To świetnie skrojona filmowa opowieść, bardzo precyzyjnie wyreżyserowana, z pietyzmem podchodząca do zagadnień biograficznych, świetnie zagrana nie tylko przez Colina Firtha, ale też przez aktorów drugoplanowych. Geoffrey Rush i Helena Bonham Carter stworzyli pełne ciepła i mądrości kreacje - szlachetnego i kontrowersyjnego zarazem nauczyciela, trenera wymowy, a przede wszystkim przyjaciela oraz kochającej i oddanej żony, która nie ustaje w poszukiwaniu pomocy i wybawienia dla swego męża. I jest też, na dalekim planie, Jennifer Ehle - cudownie wyciszona angielska żona, która potrzebuje zaledwie kilku sekund, by opanować zaskoczenie i zaprosić niespodziewanych gości - królewską parę - na kolację.
          Wszystko pięknie układa się w całość... Nieco laurkową niestety, ale w gruncie rzeczy naprawdę wzruszającą i ciekawą opowieść o człowieku, dla którego obowiązek wobec rodziny i kraju okazał się silniejszy od bardzo intymnej i dokuczliwej słabości. W czasach gdy kręgosłup moralny angielskiej rodziny królewskiej wydaje się nieco chwiejny, ten film jest projekcją wszystkiego, czym owa rodzina królewska być powinna - szlachetności, wytrwałości, odpowiedzialności i konsekwencji w traktowaniu swego urzędu jak służby, a nie przywileju.

wtorek, 8 marca 2011

Grunt to rodzinka!

The kids are all right, reż. Lisa Cholodenko, USA 2010.

            Może się wydawać, że jestem zupełnie bezkrytyczna wobec literatury i kina, ponieważ niemal wszystko, o czym tutaj piszę, zdecydowanie zyskuje mój aplauz, a czasem nawet zachwyt. Obiektywnie rzecz ujmując takie wrażenie może pozostać i nie mam zamiaru szczególnie się tym przejmować - ostatecznie liczy się przecież moje bardzo subiektywne przekonanie, że po prostu wiem co dobre i po kiepskie książki nie sięgam ani nie marnuję czasu i pieniędzy na słabe kino. Ufff... Od razu lepiej, kiedy człowiek trochę sobie posłodzi.
          Wczorajszy wieczór - w bardzo miłym towarzystwie - spędziłam w kinie z bogatymi tradycjami i ciekawą historią - w warszawskim Muranowie. Byłam na filmie, który w polskiej wersji językowej jak zwykle obdarzony jest nie najlepiej przetłumaczonym tytułem. Trzeba przecież przyznać, że jest poważna różnica znaczeniowa między "wszystko w porządku" a "dzieciaki są w porządku" (ewentualnie "z dziećmi wszystko w porządku"). Dlatego wybieram oryginalny tytuł i tego mam zamiar się trzymać.
           Na plakacie reklamującym film znajduje się informacja, że wywraca on do góry nogami wszelkie dotychczasowe myślenie o rodzinie. Ja jednak nie zgadzam się z tym  - według mnie film ten wpisuje się właśnie w najbardziej tradycyjne myślenie o rodzinie i najpiękniejszy z możliwych sposobów jej pokazywania  w kinie. To już bardziej wywrotowy w tym sensie wydaje mi się film sprzed kilku lat, jeden z moich ulubionych - Little Miss Sunshine. Żadnego z nich jednak nie uznałabym za kino, które wywraca do góry nogami MOJE myślenie o rodzinie. Głęboko wierzę, że jeśli miłość między członkami rodziny okazuje się silniejsza od win, zdrad, własnych małych egoizmów, obsesji i lęków, to nie jest to żadne odstępstwo od normy. To jest właśnie norma, to właśnie tak powinno być w rodzinie. A czy w tej rodzinie jest mama i tata, czy dwóch ojców albo dwie mamy... To kwestie czysto techniczne. Jestem naiwna? Jeśli tak, jeśli moje przekonanie, że miłość nie musi mieć jednej twarzy i tylko jednego słusznego modelu oznacza, że jestem naiwna, to mam zamiar taka pozostać.
           The kids are all right to historia nastoletniego rodzeństwa i ich mam, które od lat żyją ze sobą w harmonijnym i pełnym miłości związku. Dzieci jednak dorastają - Joni (po Joni Mitchel) ma 18 lat i właśnie dostała się na studia, a jej młodszy brat, Laser, ma lat 15 i bardzo chce poznać ich wspólnego ojca... tj. "dawcę spermy". Pojawienie się Paula w życiu dzieci, a przede wszystkim w życiu Jill i Nic wywołuje niemałe zamieszanie. W kinie raz po raz rozlegały się salwy śmiechu, bo Cholodenko opowiada tę historię bardzo lekko i swobodnie, a przy tym z niezwykłym ciepłem i mądrością. Przeprowadza nas  delikatnie przez historię w gruncie rzeczy bardzo bolesną i niełatwą.
           Można by pomyśleć, że dwie kobiety w związku mają łatwiej... że przecież doskonale się rozumieją... że łatwiej im odgadnąć, czego nawzajem od siebie potrzebują... Gdyby to było takie proste, to pewnie kobiety już dawno skorzystałyby z pomysłu Juliusza Machulskiego i przeszły na dzieworództwo. Niestety, zbudowanie harmonijnego i szczęśliwego małżeństwa to ciężka praca, wielki wysiłek, a często też zaparcie się samego siebie. Dusza ludzka potrafi być mroczna, a ludzka seksualność jest bardzo skomplikowana. Czasami więcej jest pytań niż odpowiedzi. Ukryte gdzieś głęboko pragnienia i potrzeby mogą sprawić odkrycie w sobie Wielkiego Nieznanego. Nigdy nie wiadomo, kiedy wydarzy się coś, co wstrząśnie miłością dwóch osób i całą ich rodziną. I nigdy nie wiadomo, czy taki wstrząs przyniesie rozpad czy może odrodzenie się czegoś, co umknęło w codziennym życiu.
             To mądry film, wyreżyserowany z wyraźną czułością i humorem, a przede wszystkim wspaniale zagrany. A co najważniejsze, z pełną determinacją pokazuje, że siła więzów rodzinnych i małżeńskich nie jest zależna od płci, lecz od siły miłości, która nie tylko wybacza niedoskonałości, ale która w tych niedoskonałościach właśnie ma swoje najgłębsze źródło.
       

środa, 2 marca 2011

Za czyje grzechy?

Dorota Terakowska, Poczwarka, Kraków 2009.

            ... wokół była ciemność. I wody. Gęste, ciepłe, śluzowate. Dziecko tańczyło wśród nich spokojne i bezpieczne, lekkie i zwinne. Chciało tak wiecznie tańczyć. Na zewnątrz czyhały liczne niebezpieczeństwa: potężna grawitacja, wielookie i obce spojrzenia, obojętność lub nadmiar współczucia. Dziecko wiedziało o tym, zanim wypłynęło na suchy, bezlitosny świat. Lecz było Darem Pana i nie mogło zostać tam, gdzie chciało. Pan rozdaje swoje dary, nawet te nie chciane. Nic nie zostawia dla siebie.

            W każdym człowieku powinno być coś, o czym wie tylko on sam. Człowiek bez choćby jednej tajemnicy jesssst jak orzech, z którego po rozłupaniu zossstanie sssama ssskorupa. Ludzie za częsssto dbają tylko o ssskorupę. Masz szczęście, że jesssteś inna.

            Jest takie powiedzenie, że jeśli chce się rozśmieszyć Boga, trzeba zacząć planować. Adam i Ewa - imiona bez wątpienia znaczące - to wciąż jeszcze młode małżeństwo, które zapewniło już sobie wszystko, o czym takie właśnie młode małżeństwo może marzyć - piękny dom z ogrodem, kariera zawodowa, świetna pozycja itd. itp. Do pełni szczęścia brakowało tylko dziecka, więc, gdy Ewa zaszła w ciążę, oboje zaplanowali całe życie maleństwa, najlepsze szkoły, wspaniałe perpspektywy. Dziecko miało być ukoronowaniem ich życiowego dzieła - wielkie nadzieje, wielkie oczekiwania.
             I urodziło się... Ciężka postać downa, w dodatku z tajemniczą czarną plamką na tomograficznym zdjęciu mózgu.
             Ta powieść nie jest oczywiście żadną nowością na rynku wydawniczym, jej pierwsze wydanie miało miejsce w 2001 roku, Nie trafiłam na nią jednak wcześniej. I chyba dobrze. Nie byłabym gotowa na tę opowieść dziesięć lat temu. Nawet teraz czytałam ją z przerwami na oddech, głęboki i pełen... Czego właściwie? Nie współczucia, raczej przerażenia płynącego z niepewności co do sztywności mojego moralnego kręgosłupa. Jak postąpiłabym w takiej sytuacji? Czy wzięłabym na siebie taki krzyż?...
             Każdy z bohaterów powieści inaczej radzi sobie z tym niezwykłym Darem Pana - małą, niezgrabną, obślinioną Myszką. Ewa przyjmuje na siebie odpowiedzialność i obdarza dziewczynkę bardzo bolesną i trudną miłością, w której przywiązanie, czułość i radość z małych wychowawczych sukcesów idą w parze z rozgoryczeniem, nieludzkim zmęczeniem i gniewem. W przeciwieństwie do swego męża, nie chce oddać córki do żadnego zakładu opieki, swój idealny dom i idealne do tej pory życie podporządkowuje potrzebom i możliwościom córki. Adam natomiast bezwzględnie odrzuca dziewczynkę, brzydzi się jej nawet dotknąć. Uciekając przed małą, przed własnym sumieniem i pogrzebanymi marzeniami, zamyka się w swoim gabinecie, do którego nie dochodzą ani wrzaski Myszki, ani jej gruby bełkotliwy głos, ani płacz, ani nawet jej śmiech. Cały czas szuka przyczyny, szuka genetycznego "winnego". A jednak nie wyprowadza się i nie tylko dlatego, że opuszczenie żony z "niedorozwiniętym" dzieckiem źle by wyglądało. Adam - choć nie przyznaje się do tego nawet przed sobą - jest ciekawy Myszki, dziewczynka go fascynuje i to on często lepiej od matki rozpoznaje konkretne słowa w jej bełkotliwej mowie.
           Z całej tej poranionej rodziny to właśnie Adam wydaje mi się najbardziej godny współczucia. Ma tylko swoje rozczarowanie i swój ból, i jeszcze poczucie winy... Razem ze wstrętem do Myszki rośnie w nim poczucie obrzydzenia do samego siebie. Ten nieszczęśliwy człowiek nie zdaje sobie sprawy, że jedyną szansą dla niego jest przyjęcie Myszki, że odrzucaniem jej rani nie tylko tę niezwykłą dziewczynkę, ale przede wszystkim siebie.
            Wartość powieści Terakowskiej leży między innymi w tym, że nie ma tutaj ocen. Autorka nie czyni z Ewy świętej męczennicy ani z Adama nieludzkiego potwora. Postawa każdego z nich jest w jakimś sensie uzasadniona i zrozumiała,  ponoszą konsekwencje - zarówno trudnej miłości, jak i odrzucenia. Każde z nich cierpi, a cierpienie to ma wiele odcieni i wiele wymiarów.
           Przede wszystkim jednak zachwyca Terakowska umiejętnością wejścia w duszę i myśli tej upośledzonej dziewczynki. Nie próbuje wcale tworzyć wrażenia, że pod ułomną skorupą dziewczynki, kryje się istota w pełni sprawna. Nie próbuje nas mamić ani oszukiwać. Pokazuje jednak, że w tym ułomnym ciele kryje się wielka tajemnica, jakaś nieosiągalna dla zwykłego człowieka prawda. Pokazuje, że cielesna i umysłowa niesprawność nie jest jednoznaczna z ułomnością duszy.
           A dusza Myszki jest piękna i... roztańczona.
          

niedziela, 27 lutego 2011

Bo tajemnica tkwi w maśle...

Julie & Julia, reż. Nora Ephron, USA 2009.

           Są przynajmniej trzy powody, dla których można pokochać film Julie  & Julia:
           1) MERYL STREEP!!! - powód niepodważalny w stopniu dogmatycznym.
           2) Nie ma takiego podłego nastroju, który oparłby się mądremu optymizmowi, jakim emanuje ta historia.
           3) Każdą ilość cholesterolu można sobie wybaczyć w imię smaku, jaki daje MASŁO!

           Pokochać coś to znaczy oczywiście sięgać po to nie raz, nie dwa i pewnie nie dziesięć. Pierwszy raz obejrzałam film niemal natychmiast po jego wejściu na ekrany polskich kin - nigdy nie opuszczam nowych produkcji z Meryl Streep. Z kina poszłam prosto do sklepu po dodatkową kostkę masła - oczywiście maksymalnie prawdziwego, żaden tam miks tłuszczowy. Fuuuj!
           Od tamtej pory oglądam dwie Julie i ich kulinarne dzieła, kiedy tylko najdzie mnie na nie ochota, zupełnie tak samo, jak sięga się po ulubiony smakołyk. I nie mam nic przeciwko temu, że tak wiele kobiet (zwłaszcza tych w okolicach 30-tki) zapada na syndrom J&J - nagle namiętnie gotują, rozpływają się nad zaletami masła, a niektóre nawet zakłądają blogi... Poza blogiem i tak wszystko robiłam wcześniej. A zresztą, niech i tak będzie: z przyjemnością wpisuję się w typową reakcję na coś tak smacznego, jak historia Julii Child i Julii Powel. Nie będę jej w tym miejscu streszczać ani zachwalać, bo kto film widział, historię tę zna, a kto nie widział, polecam spacer do najbliższej wypożyczalni płyt DVD.
           Tym razem namówiłam na tę filmową przekąskę moją Mamę. Cel był oczywiście szczytny, miałam wielką ochotę na przygotowanie kluczowego dla obu Julii dania, czyli bouef bourginion i chciałam zachęcić do tego moją Kochaną Rodzicielkę. Rekacja Mamy była zupełnie przewidywalna - masło zrobiło swoje. I tak zabrałyśmy się do pracy nad bouef bourginion.
           Przepis można znaleźć w Internecie w kilku...nastu (co najmniej) wersjach, ale dla leniwców, którzy chętnie zrobią, lecz szukać im się nie chce - voila!




Bouef bourginion
Składniki:
1,5 kg chudej wołowiny pokrojonej w grubą kostkę (nam przypadkowo trafił kawałek 1,7 kg, ale po odkrojeniu tłustości zostało pewnie tyle, ile trzeba)
15 dkg bekonu (tak podają wszystkie przepisy, ale bekon obecnie w swojej czystej postaci jest nie do kupienia, więc może być też boczek, najlepiej parzony)
1 cebula (pokrojona w piórka)
1 marchew (pokrojona w paski - tak jest w filmie, choć przepisy podają plasterki)
3 szklanki (czyli cała butelka jakby nie było ) młodego czerwonego wina, jakiegoś burgundzkiego najlepiej
2-3 szklanki bulionu wołowego
1 łyżka przecieru pomidorowego
2 (lub nawet 4 jeśli ktoś lubi) ząbki czosnku
pokruszony listek laurowy
pieprzu i soli jak kto woli
2-3 łyżki mąki
ociupinka cukru, bo dobrze robi mięsiwu w ogóle
               Do ozdoby dodaje się jeszcze małe skarmelizowane cebulki, ale nie widziałam takich w żadnym markecie, więc się nie wymądrzam. Dodałyśmy tylko podsmażone na maśle (a jakże!) pieczarki posypane świeżą pietruszką.
        
             Przygoda zaczyna się oczywiście od pokrojenia wszystkich składników i otwarcia butelki wina (nie tej, którą wlewamy do potrawy, tylko tej która sprawia, że gotowanie jest jeszcze przyjemniejsze).
             Następnie podsmażamy bekon/boczek:              
                                                    

            Smażymy go tak około trzech miut (musi lekko zbrązowieć) i przekładamy go do żaroodpornego naczynia. Następnie przechodzimy do czynności, którą wykonać należy ze szczególnym namaszczeniem, tj. do smażenia wołowiny. Jak napomina Julia Child oraz nasze mamy i babcie, mięso przed smażeniem należy dobrze osuszyć, żeby się ładnie zrumieniło. A potem każdą kostkę osobno delikatnie układać na patelni na barrrrrdzo rozgrzanym tłuszczu.

        








           Na jednej patelni nie zmieszczą się oczywiście wszystkie kawałki, trzeba więc zrobić to na raty - sama frajda!
           Każdą kolejną warstę przekładamy do żaroodpornego naczynia, w którym już niecierpliwie czeka podsmażony bekon/boczek.
           Kiedy już cała krwista wołowinka zostanie podsmażona, na ten sam tłuszcz wrzucamy najpierw marchew, a potem cebulę. Zeszklone dołączamy do reszty towarzystwa w owym żaroodpornym naczyniu. Posypujemy mąką, wstrząsamy i na 4 minuty do piekarnika nagrzanego do temperatury 230 stopni. Wyjmujemy, potrząsamy i znowu na 4 minuty do piekarnika.
          Po tym podwójnym zabiegu wlewamy do potrawy wino, bulion (tyle, żeby płyn ledwo przykrywał mięso), dodajemy przecier, czosnek i przyprawy.


            Zmniejszamy temperaturę w piekarniku do 160 stopni i wstawiamy tam wszystko na 2,5 godziny. Czasami pewnie trzeba potrzymać mięso jakieś pół godziny dłużej. Nasze było doskonałe (nie boję się tego słowa!) właśnie po 150 minutach.

          Wyjmujemy zatem:


Odpowiednio podajemy:

Zjadamy:





Bon appetit! Niech to będzie uczta dla Waszych ciał i dusz!