czwartek, 28 lipca 2011

Bo wieczność jest terminem naszej miłości...

Wieczność, reż. Sivaroj Kongsakul, Tajlandia 2010.

         Kino azjatyckie ma swoją specyfikę wynikającą z kultury i mentalności Dalekiego Wschodu, w których osiągnięcie wewnętrznej równowagi, nieśpieszność i delektowanie się czasem są niemal warunkiem koniecznym osiągnięcia spokoju.
          Tajwański film Wieczność wpisuje się właśnie w tę nastrojowość. Jest to kino kontemplacyjne, które chyba nie każdego widza jest w stanie zachęcić. Sama nie jestem miłośniczką tego typu filmów, w których ujęcia ciągną się w nieskończoność. W tym wypadku można powiedzieć, że trwają one całą wieczność, tak jakby bohaterowie pragnęli zatrzymać w czasie przeżywane chwili. Już pierwsza scena ma w sobie swoiste uporczywe trwanie, ale też wymowę głęboko symboliczną. To podróż do przeszłości, która wprawdzie była piękna, ale w obliczu wieczności bardzo krucha.
            Jedną z nadrzędnych cech zachowania bohaterów jest ogarniająca wszystkie ich słowa i ruchy czułość, ale w ostatecznym rozrachunku tytuł filmu wydaje się mieć wymowę ironiczną. Nie da się bowiem zakląć miłości w przysięgę na wieczną wierność, nie da się zakląć człowieka w przysięgę... Film, choć jest bardzo poetycki, pokazuje jednak najbardziej prozaiczny fakt naszego życia - że obraca ono ideały w proch pamięci... a czasem zapomnienia.
            Krótka ta notka, bo i filmów do opisania mnóstwo... Być może z czasem do uzupełnienia i pogłębienia.

Kino kobiet i krótki metraż po norwesku.

Anja Breien, Bezdomni (Norwegia, 1973), Starsi (Norwegia 1975), Solvorn(Norwegia 1997), Góra (Norwegia 1989) - filmy krótkometrażowe.


Moje pierwsze doświadczenia na Nowych Horyzontach upłynęły pod mocno sfeminizowaną egidą. Pierwsze warsztaty poświęcone były tematowi Kino kobiet w Europie Środkowej i w tym klimacie pozostałam, wybierając pierwszy seans podczas festiwalu.  Nie był to może wybór wymarzony, ale system rezerwacji jest tutaj bezwzględny – to, o czym się najbardziej marzy upolować można jedynie w ciągu pierwszych sekund po rozpoczęciu procesu rejestracji na dany dzień. Przed godziną 8:30 z wielkim napięciem obserwuje się jak przemykają sekundy na zegarze odmierzającym czas do rozpoczęcia rezerwacji, aby z bijącym sercem dokonać rezerwacji wybranych filmów na następny dzień. Jeśli się nie uda, ogląda się to, co pozostało. Już pierwszy film pokazał jednak, że i w tych „sierocych” wyborach mogą kryć się miłe niespodzianki.

Bezdomni
             Przegląd kina norweskiego na Nowych Horyznotach, gdy cały świat przeżywa tragedię tego kraju, wpisuje się zdecydowanie w jakąś koszmarną grę losu. Tematyka podjęta przez Anję Breien w tych czterech filmach także pokazuje Norwegię, jakiej raczej nie znamy. Panuje stereotyp, że kraje skandynawskie są miejscem dobrobytu, gdzie system pomocy społecznej stoi na bardzo wysokim poziomie. Nie będę się wymądrzać, bo nie znam obecnej sytuacji społecznej ani w Szwecji, ani w Danii, ani też w Norwegii. Te cztery filmy, a w szczególności dwa pierwsze, pokazują jednak, że jeśli nawet obecnie jest dobrze, to nie zawsze tak było.
Trzy, spośród czterech pokazanych w tym zestawie filmów to dziełka (określenie dotyczy wyłącznie ich rozmiaru, a nie jakości) bardzo podobne formalnie, oparte na pokazie slajdów – zdjęcia, a w tle głos z offu, czasami głos reżyserki, ale najczęściej są to głosy bohaterów.
                Pierwszy film – Bezdomni – opowiada o ludziach, którzy mieszkają w Oslo i z różnych powodów nie mają dachu nad głową.  Po projekcji odbyło się spotkanie, podczas którego reżyserka przyznała, że film powstawał w latach, gdy pracowała w grupie pomagającej osobom bezdomnym i kiedy w prasie, literaturze i kinie odbywała się dyskusja nad obowiązującym wówczas w Norwegii prawem do aresztowania osób bezdomnych. Przypomnę tylko, że film powstał w latach 70-tych XX wieku, co zdecydowanie w kiepskim świetle stawia politykę społeczną w ówczesnej Norwegii. Bezdomność jest w tym filmie ukazana jak zamknięte koło, z którego wobec obowiązującego systemu prawnego nie można się wydostać. 
Starsi
                Film Starsi to z kolei problem samotnej, odizolowanej od reszty świata starości. Społeczeństwo norweskie nie zostawia wprawdzie starców na pastwę losu, ale tworzy dla nich coś w rodzaju gett przypominających najgorsze polskie blokowiska z "wielkiej płyty". Filmik opowiada o emerytach, o ludziach, dla których sensem życia była praca  i których świat kończy się, gdy brakuje im zajęcia. Dojmujący smutek, apatia... Umiejętność znalezienia sobie zajęcia ratuje 99-letniego staruszka, który spędza czas na czytaniu, pisaniu. Podobnie dzieje się z bohaterem czwartego filmu – Góra, czyli ojcem reżyserki, który w wieku 50 lat zaczął pisać powieści, a w wieku lat 67 malować obrazy. Zajęcie, któremu ci ludzie mogą się oddawać ratuje ich od zgnuśnienia i rozpaczy. Pokazuje więc reżyserka różne oblicza starości, które – moim zdaniem łączy samotność. Wynika ona chyba z przeczucia zbliżającej się śmierci... To właśnie fakt, że nie jesteśmy w stanie zrozumieć tego stanu, kiedy człowiek jest już tak blisko końca, że w zasadzie może on być wybawieniem, czyni tych ludzi tak bardzo samotnymi.
Góra
                Krótki metraż to nie jest mój ulubiony gatunek i chociaż prostota formalna tych filmów też nie mieści się w moim kinowym stylu, to jednak problem postawiony w filmie jest ważny i bolesny.
Solvorn
Film Bezdomni był też pierwszym realizowanym w konwencji pokazu slajdów, a stało się tak za sprawą braku dofinansowania. Świadomie w ten sposób zrealizowała jeszcze inne filmy, między innymi Solvorn, czyli opowieść o swojej rodzinie, a przede wszystkim babce, która w ciągu 8 lat zrobiła 200 pamiątkowych zdjęć. Pretekst do dyskusji o tym, że "technika w kinie posunęła się do przodu, ale język kina pozostał wciąż taki, jak za czasów Tarkowskiego" - to słowa samej reżyserki i jest w nich chyba wiele smutnej prawdy...

sobota, 2 lipca 2011

Powieść, która wyzwoliła demony.

Stieg Larsson, Millenium.

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet, tłum. Beata Walczak - Larsson, Warszawa 2011.

           Uśmiechnęła się krzywo, wdrapała na łóżko i uklęknęła między jego nogami. Bjurman, nie rozumiejąc o co chodzi, poczuł nagły lęk.
           A później zobaczył w jej ręku igłę.
           Gdy zaczął rzucać głową i wić się jak piskorz, Lisabeth przycisnęła ostrzegawczo kolanem jego krocze.
           - Leż spokojnie. Używam tego sprzętu pierwszy raz w życiu.
           Pracowała skoncentrowana przez dwie godziny. Kiedy skończyła, mężczyzna przestał marudzić. Wyglądało na to, że popadł w apatię.
          Zeszła z łóżka i przekrzywiwszy głowę, przyglądała się krytycznie swojemu dziełu. Jej uzdolnienia artystyczne były ograniczone. Litery wykoślawiały się w różne strony, nadając całości impresjonistyczny wygląd. Tatuując przesłanie, użyła niebieskiego i czerwonego koloru i dużych liter, którymi w pięciu linijkach pokryła cały brzuch, od brodawek do genitaliów: JESTEM SADYSTYCZNĄ ŚWINIĄ, DUPKIEM I GWAŁCICIELEM.

Dziewczyna, która igrała z ogniem, tłum. Paulina Rosińska, Warszawa 2009.

          Leżała przypięta pasami na wąskiej pryczy z hartowanej stali. Rzemienie uwierały ją w klatkę piersiową. Leżała na plecach. Ręce ułożone po bokach, unieruchomione na brzegach łóżka.
         Już dawno zaniechała wszelkich wysiłków, by się wydostać. Nie spała, ale oczy miała zamknięte. Gdyby je otworzyła, znalazłaby się w ciemności, a jedynym źródłem światła byłaby wąska smuga sącząca się ponad drzwiami. Czuła niesmak w ustach i bardzo chciała umyć zęby.
        Jakaś część jej świadomości nasłuchiwała odgłosu kroków, co oznaczałoby że nadchodzi. Nie miała pojęcia, czy to wieczór, czy noc, a jedynie poczucie, że zaczynało być zbyt późno na odwiedziny. Nagłe drżenie łóżka sprawiło, że otworzyła oczy. Tak jakby gdzieś w budynku włączyła się jakaś maszyna. Po kilku sekundach nie była już pewna, czy tylko jej się zdawało, czy naprawdę coś usłyszała.
        Odhaczyła kolejny dzień w pamięci.
        Czterdziesty trzeci dzień w tym więzieniu.


Zamek z piasku, który runął, tłum. Alicja Rosenau, Warszawa 2010.

           Zalachenko był zaskoczony. Potem zaśmiał się.
           - I co zamierzasz z nim zrobić? Zastrzelić mnie? Spędzisz resztę swojego nędznego życia w pierdlu.
           - Nie sądzę - odparł Gullberg.
           Zalachenko nagle stracił pewność, że Gullberg blefuje.
           - To będzie skandal o ogromnym zasięgu.
           - Również nie sądzę. Pojawi się kilka tytułów. Ale za tydzień nikt już nie będzie pamiętał nazwiska Zalachenko.
           Zalachenko zmrużył oczy.
           - Ty cholerny bydlaku! - powiedział Gullberg z takim chłodem w głosie, że Zalachenkę zmroziło w kawałek lodu.
           Potem Gullberg nacisnął spust i strzelił mu prosto w środek czoła, akurat gdy próbował przełożyć protezę przez brzeg łóżka. Zalachenko opadł z powrotem na poduszkę. Zadrgał konwulsyjnie kilka razy i znieruchomiał. Gullberg zobaczył na ścianie za wezgłowiem łóżka czerwony kwiat rozbryźniętej krwi. Od huku dzwoniło mu w uszach. Odruchowo wolnym kciukiem potarł w środku ucho.
           Potem wstał, podszedł do Zalachenki, przyłożył mu lufę do skroni i nacisnął spust jeszcze dwa razy. Chciał mieć pewność, że pieprzony dziad naprawdę nie żyje. 

           Wybranie po jednej scenie z każdej z tych powieści graniczy z niemożliwością - to ponad 2500 stron czystej literackiej przygody! Uległam temu bestsellerowi na fali fascynacji kryminałami, która nie tylko nie ustaje, ale wzmaga się jak ocean podczas sztormu. I nie żałuję - czytałam z wypiekami na twarzy, zapominając o Bożym świecie. Aż się dziwię, że udało mi się wypisać świadectwa...
          Wybrałam te trzy sceny z różnych względów. Pierwszą, ponieważ jest chyba moją ulubioną. Drugą, bo jest jak stara zasada mistrza filmów grozy Hitchckocka - "najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie". A dlaczego trzecią, to właściwie sama nie wiem...
           Aby smak na literackim podniebieniu pozostawić jak najlepszy - najpierw łyżka dziegciu, bo potem będą już tylko hektolitry miodu. Otóż uważam, że bezsprzecznie pierwsza część trylogii jest najlepsza. Druga i trzecia są oczywiście świetnie napisane, bardzo dobrze przetłumaczone, ale z klasycznego, trzymającego w napięciu i mrożącego krew w żyłach (nie wyczerpując oczywiście arsenału powiedzonek tego typu) kryminału zamienia się w jakieś momentami nieprawdopodobne "political fiction".
           Nie dla każdego jest to zapewne wada - ja jednak, jeśli chodzi o kryminał, bardzo cenię sobie czystość gatunkową. W środowiskach miłośników literatury, w środowiskach intelektualistów kryminał uchodzi zwykle za literaturę klasy B, a ja jestem głęboko przekonana, że jest to właśnie bardzo wymagający gatunek literacki. Aby napisać dobrą powieść kryminalną, potrzeba moim zdaniem niezwykłej samodyscypliny, umiejętności precyzyjnego konstruowania fabuły i świetnej znajomości ludzkiej psychiki, bo o wyobraźni już nawet nie wspomnę. To chyba kwestia zamiłowania do prostoty w literaturze i sztuce, ale właśnie tę umiejętność wtłoczenia tajemnicy zbrodni w ramy gatunku cenię sobie najbardziej.
          Dlatego być może ten gatunkowy miszmasz byłby dla mnie trudny do zniesienia, gdyby nie fakt, że powieść we wszystkich swoich trzech wcieleniach została napisana z ogromną literacką swadą, w świetnym stylu i z kapitalnie skonstruowanymi postaciami. Przyznam więc, że po przeczytaniu pierwszego tomu uznałam go za tak świetną literacko rzecz, że natychmiast pojechałam do księgarni po drugi tom. Byłam może mniej usatysfakcjonowana, ale nie wyobrażałam sobie przerwania lektury po drugiej części, gdyż sięgnięcie po trzecią okazało się odruchem niemal bezwarunkowym.
          Pytanie o fenomen tej powieści zadawałam sobie już w trakcie lektury, a po jej zakończeniu pytanie to wracało do mnie jeszcze wielokrotnie. Wydaje mi się, że tajemnica sukcesu Larssona tkwi w umiejętności tworzenia bardzo sugestywnych obrazów rzeczywistości. Pod tym względem Millenium nosi w sobie znamiona klasycznej powieści realistycznej - w przypadku pierwszego tomu nawet zasada prawdopodobieństwa zdarzeń została zachowana. Przede wszystkim jednak autor z taką szczegółowością opisuje każde zdarzenie, że czytelnik czuje się wciągnięty w mroczną atmosferę szwedzkiej rzeczywistości. Nie znam Szwecji, nigdy tam nie byłam, ale ta powieść sprawiła, że wszystkie opisywane w niej miejsca funkcjonują w mojej wyobraźni jak znajome. Wzbudzają zachwyt, niesmak, przerażenie, ekscytują. Wszystko, co przydarza się bohaterom, opisane jest niezwykle dokładnie. I dotyczy to nie tylko kluczowych, najbardziej wstrząsających wydarzeń, ale dosłownie wszystkich. Nawet odbieranie przez bohatera telefonu, nie jest kwitowane wyłącznie stwierdzeniem "odebrał telefon" - znamy jego markę, czasem kolor, dźwięk dzwonka. Kiedy bohaterowie jadą pociągiem, podróż tę odbywamy razem z nimi. Kiedy zatrzymują samochód, słyszymy gwizd hamulców i przekręcanie kluczyka. Kiedy dochodzi do konfrontacji między siłami dobra i zła, jesteśmy w samym środku walki, czujemy niemal zapach potu i krwi bohaterów. Być może dzięki takim literackim zabiegom, które w zasadzie mają wymiar magicznych sztuczek, przechodzi się nad pewnymi nieprawdopodobieństwami fabuły nie tylko z wyrozumiałością, ale wręcz z zachwytem.
            Ta sama zasada dotyczy kreacji głównych bohaterów. Ich historia wciąga nie tylko dlatego, że sama w sobie jest fascynująca. Dzieje się tak również ze względu na ich osobowość. Prym wiedzie tutaj oczywiście Lisabeth Salander - trudno znaleźć w literaturze bardziej oryginalną, zagadkową i jednocześnie silną postać kobiecą. Trudno w ogóle znaleźć równie intrygującą postać literacką. Ale przecież i Mikael Blikvist, i Erika Berger, i cała galeria przestępców... Wszystkie te postacie mają charakter, są pełnokrwiste, bogate charakterologicznie, złożone, niebanalne. Dzięki nim Larsson wkręca nas w swoją opowieść i sprawia, że lektura jego dzieła staje się przygodą. Taką przygodą, jaką potrafiły być tylko powieści z czasów dzieciństwa...
            Inną rzeczą, dla artystycznej wartości tej powieści chyba najważniejszą, jest jej społeczna wymowa i bardzo jasno określone granice między dobrem a złem. Millenium to krytyka przemocy w ogóle, ale przede wszystkim krytyka przemocy wobec kobiet, w każdym możliwym charakterze. Krytyka przemocy wobec tych, którzy nie mogą się bronić, którzy stają się ofiarami szczególnie pojmowanego dobra państwa. Jest to wreszcie krytyka niszczenia jednostki w imię rzekomo wyższego dobra. Ta powieść wyzwala demony, bo podejmuje tematy trudne, często ukrywane i podaje je w bardzo przystępnej (choć nie banalnej) literacko formie. Dla mnie klasa!
            



            


         

czwartek, 30 czerwca 2011

Intelekt i sztuka w roli afordyzjaku.

Mario Vargas Llosa, Zeszyty don Rigoberta, tłum. Filip Łobodziński, Kraków 2010.

           Któż mógłby podejrzewać, że pod tymi surowymi szatami, jakie miała na sobie wchodząc na katedrę, pod tymi kostiumami, w których przedstawiała argumenty i wnioski na kongresach, pod tymi płaszczami od deszczu, którymi owijała się zimą, kryły się kształty, które zawstydziłyby Praksytelesa swą harmonią i Renoira swą pełnią? Leżała na brzuchu, z głową opartą na skrzyżowanych ramionach, co wydłużało całą postać, ale wzrok oniemiałego Nepomucena przykuły nie jej barki czy delikatne ramiona ("słabe w sensie włoskim" - uściślił don Rigoberto, którego pociągała nie wątłość a miękkość), ani też krzywizna pleców. Także nie szerokie mlecznobiałe uda czy różowiutkie podeszwy stóp, ale masywne półkule, które z radosnym bezwstydem wznosiły się i jaśniały niczym garby dwuszczytowej góry ("Jak te wierzchołki otulonych chmurami łańcuchów górskich z japońskich drzeworytów epoki Meiji" - skojarzył z zadowoleniem don Rigoberto). Nie tylko, także Rubens, Tycjan, Courbet i Ingres, Úrculo i jeszcze z pół tuzina mistrzów od kobiecych tyłów chyba skrzyknęło się, żeby dać wyraz, życie, pełnię kształtów, a jednocześnie delikatność, subtelność, ducha i zmysłowe drżenie tej pupie, której biel fosforyzowała w półmroku. Nie potrafiąc się powstrzymać, absolutnie bezwiednie, jak oślepiony ("zepsuty na wieki?") don Nepomuceno postąpił parę kroków naprzód, podszedł do łóżka i padł na kolana. Jęknęły wiekowe deski podłogi.


Praksyteles, Afrodyta z Cnidian
            Tę książkę skończyłam czytać już ze dwa miesiące temu, ale w międzyczasie przewinęło się w moich intelektualnych podróżach sporo kina, a poza tym wciągnęłam się w wir literatury kryminalnej, o czym już było i jeszcze będzie. Teraz zaczęły się wakacje, czas słońca, wina i namiętności, więc Llosa ze swoimi bohaterami - zmysłowymi, nieco świntuszącymi i bardzo wyrafinowanymi - pociąga szczególnie i może ktoś z Was się skusi... A pokusa czai się za każdym słowem tej powieści.
August Renoir, Akt
             Jest to kontynuacja, opisywanej już przeze mnie, wcześniejszej Pochwały macochy. Wraca więc trójka niezwykłych bohaterów - smakosz sztuki, literatury, zmysłowych przyjemności wszelkiego rodzaju, czyli don Rigoberto, pełna kobiecego wdzięku i buchająca niemal erotyzmem Lukrecja oraz szatańsko sprytny Fonsito z twarzą i blond loczkami aniołka. Przypomnę krótko, że poprzednia powieść kończy się wielką kłótnią małżonków - Rigoberto, w wyniku intrygi niesfornego Fonsita przekonany o romansie żony z jego "niewinnym" synkiem, wyrzuca Lukrecję z domu...
Paul Peter Rubens, Trzy gracje
           W przestrzeń kolejnej powieści wkraczamy wraz z Fonsitem, który targany wyrzutami sumienia (nie może patrzeć na cierpienie ojca) pojawia się u progu drzwi domu Lukrecji, prosi o wybaczenie i ... i zaczyna kolejną intrygę. Tym razem pragnie pogodzić ojca i macochę. Zabiera się do realizacji tego zadania bardzo zmyślnie. I chociaż ani Lukrecja, ani jej piękna służka Justyniania nie mają do młodzieńca zaufania, to żadna z nich nie potrafi oprzeć się jego urokowi. Miotają się między rezerwą a serdecznością - powtarzają bez przerwy, że nie mogą mu ufać, że "Fonsito jest zdolny do najgorszych rzeczy", ale jednocześnie Justyniana przygotowuje jego ulubione przysmaki, a Lukrecja z niecierpliwością przegląda się w lustrze, zawsze gdy spodziewa się jego przybycia.
Tycjan, Scena pastoralna
          Llosa po mistrzowsku buduje postać małego manipulanta. Czytelnik, podobnie jak Lukrecja i Justyniana, daje się uwieść jego niebieskim oczom, które na przemian to granatowieją smutkiem, to rozjaśniają się w uśmiechu. Jednocześnie wciąż nie opuszcza nas ta podskórna świadomość, że ten mały drań coś knuje, że za piękną fasadą jego złotych loczków kryje się coś nieczystego, niebezpiecznego...
Gustav Courbet, Kobieta w białych pończochach
            Powieść jest misternie skonstruowana. Składa się z dziewięciu części, z których każda podzielona jest na cztery rozdziały, ułożone zawsze w tej samej kolejności - najpierw scena z Fonsitem w domu Lukrecji, później jeden z listów Rigoberta do przedstawicieli różnych branż na tematy kulturalno - społeczne, trzeci rozdział to pełne erotycznego rozpasania wspomnienia don Rigoberta z czasów jego związku z Lukrecją, a na koniec jeden z listów Lukrecji do ukochanego... Oczywiście, kwestia autorstwa tych listów... no cóż, to zagadka...
Jean August Dominique Ingres, Wielka odaliska
           W tej misternie utkanej literacko - erotycznej pajęczynie nie brakuje fascynacji malarstwem i wywodów filozoficznych. Stanowią one coś w rodzaju erudycyjnego tła dla wysmakowanych i pikantnych wspomnień z małżeńskiego pożycia zmysłowego brzydala Rigoberta i pięknej Lukrecji oraz dla samej fabuły. Odnosi się wrażenie, jak gdyby powieść utkana została ze snów, wspomnień, erotycznych, malarskich i literackich fascynacji, które układają się w jakiś precyzyjnie skonstruowany kalejdoskop. Barwy, znaczenia, nastroje i relacje międzyludzkie mogą ciągnąć się jak wieczność, aby potem w jednej sekundzie ulec zmianie, wywróceniu. A wszystko to aż lepi się od poezji...

piątek, 3 czerwca 2011

Zanurzone w mroku.

Mari Jungstedt, Niewidzialny, tłum. Teresa Jaśkowska - Drees, Warszawa 2010.

           Właśnie wtedy, gdy chciał zamknąć za sobą zardzewiały skobel bramy, jego wzrok przyciągnął dziwny widok na skraju fosy. To niezidentyfikowane coś miało wygląd jakiegoś zwierzęcia. Erik podszedł bliżej fosy i zaczął przyglądać się dokładniej. Na fosie leżała zakrwawiona zwierzęca łapa. Jak na łapę królika była stanowczo za duża. Może to lis? Nie, łapa miała czarny kolor.
          Popatrzył dokładnie na ślady krwi, które prowadziły nieco dalej. Zobaczył dużego, czarnego psa. Leżał na boku z szeroko otwartymi ślepiami. Głowa była dziwnie skręcona, a sierść przesiąknięta krwią. Pies miał puszysty, błyszczący ogon. Gdy podszedł bliżej, zauważył, że głowa psa jest odcięta od tułowia. Zrobiło mu się niedobrze, usiadł na kamieniu, oddychał ciężko przez otwarte usta. Serce waliło mu w piersi. Dookoła było niesamowicie cicho. Po chwili pozbierał się powoli i mozolnie, popatrzył dookoła.
           Co tu się mogło stać? Na miłość boską, co tu się stało?
           Erik Andersson nie zdążył jeszcze zebrać myśli, gdy zauważył martwe ciało kobiety.


Johan Theorin, Zmierzch, tłum. Anna Topczewska, Wołowiec 2008.

          Brzęcząca nad alvaretem mucha połyskuje zielono w słońcu. Zygzakiem przecina powietrze między kępami jałowca i ziół, by w końcu wylądować na otwartej dłoni. Skrzydełka nieruchomieją, prostuje nogi i przykuca, gotowa podnieść się do lotu przy najmniejszym ruchu, ale dłoń leży w trawie idealnie spokojna.
          Nils Kant nadal stoi z uniesioną bronią, patrzy na muchę, która pręży skrzydełka na ręce niemieckiego żołnierza.
         Żołnierz leży na plecach. Ma otwarte oczy, głowę zwróconą w bok i można by nawet odnieść wrażenie, że ze zdumieniem przygląda się musze, lecz śrutówka Nilsa odstrzeliła mu pół szyi i cały lewy bark, krew zaś oblebiła wytartą bluzę mundurową - Niemiec nic nie widzi.
         Nils oddycha głęboko, chwilę nasłuchuje.
         Teraz, kiedy ustało nawet brzęczenie muchy, na alvarecie panuje idealna cisza, choć Nilsowi nadal jeszcze szumi w uszach od huku wystrzałów. Eksplozje musiały daleko ponieść się echem, ale chłopak nie sądzi, żeby ktokolwiek je słyszał. W pobliżu nie przebiega żadna droga, a ludzie rzadko zapuszczają się tak daleko na alvaret. Jest spokojny.


Henning Mankell, Powrót nauczyciela tańca, tłum. Ewa Wojciechowska, Warszawa 2011.

            Zanim umarł minęły jeszcze niemal dwie godziny. Znalazł się na dnie piekła, miotając się między nieznośnym bólem a pragnieniem utrzymania się przy życiu. Zaciągnięto go w przeszłość, do czasów, gdy napotkał los, który na koniec wreszcie dopadł jego samego. Powalono go na ziemię, ktoś zdarł z niego spodnie i sweter. Mężczyzna zdążył poczuć dotyk zimnej ziemi na nagiej skórze, nim dosięgły go uderzenia pejcza, zamieniając wszystko w koszmar. Nie wiedział, ile razy go uderzono. Co jakiś czas tracił przytomność, lecz strugami lodowatej wody wyciągano go z powrotem na powierzchnię świadomości. Potem znów dosięgały go razy. Słyszał własny krzyk, w pobliżu nie było jednak nikogo, kto mógłby przyjść mu na ratunek. Czaka leżał martwy w swoim wybiegu.
           Potem poczuł, że ktoś ciągnie go w stronę domu, a później do środka. Ostatnim, co zapamiętał przed śmiercią, były ciosy pejcza na podeszwach stóp. W końcu ogarnęła go ciemność. Był martwy.


              Kilka tygodni temu wybrałam się na spotkanie z Kimś, Kogo naprawdę bardzo dawno nie widziałam (przypominanie jak dawno dla obu stron niewskazane). Okazało się, że przy okazji załapałam się na konferencję naukową poświęconą szwedzkiemu kryminałowi.
              O kryminale - owszem - jako takie pojęcie jeszcze mam. Od dziecka lubiłam je czytywać. Najpierw był Sherlock Holmes, którego zresztą ostatnio trochę sobie odświeżam na fali mrocznych fascynacji. Wpadło mi w ręce coś Agathy Christie, a nawet Joanną Chmielewską niedawno zgrzeszyłam. Było też Kto zabił Palomina Molero Llosy, a w ubiegłe wakacje zachęcona Trójkowym czytaniem przed 21:00 sięgnęłam także (z dużą satysfakcją) po Erynie Marka Krajewskiego. W niektórych kręgach intelektualnych uważa się kryminały za literaturę drugiej kategorii, której czytanie świadczy o kiepskim guście literackim. Zaznaczam z pełnym przekonaniem, że ja do tego kręgu nie należę, a literaturę dzielę na dobrą i złą bez względu gatunek oraz płeć autora.
          Literatura szwedzka jednak to zupełnie co innego - pojęcie blade, a w zasadzie niemal żadne. W dzieciństwie Astrid Lindgren - jak niemal całe moje pokolenie i niecały rok temu Ta, którą nigdy nie byłam Majgull Axelsson - rzecz naprawdę znakomita.
           Kryminał szwedzki  za to był dla mnie - jak do tej pory - już zupełną tajemnicą. Nadal jest, bo trzy pozycje o niczym jeszcze nie świadczą. Wcześniej jednak nie słyszałam nawet o Mankellu czy Larssonie, o innych już nie wspomnę. Z konferencji wróciłam natomiast z dwiema nowymi książkami, a w jednej znajduje się nawet dedykacja Mari Jungstedt. I, jak można się było spodziewać, wsiąknęłam. Bo ledwie skończyłam czytać Theorina, a już zaopatrzyłam się w Powrót nauczyciela tańca.
              Postanowiłam nie pisać o każdej z tych powieści z osobna, ponieważ pochłaniałam je jedną za drugą, a przez Mankella, którego kończyłam wczoraj wieczorem poszłam dzisiaj kompletnie nieprzygotowana do pracy. Ułożyłam je w prezentacji w takiej kolejności, w jakiej je czytałam, ale to także coś w rodzaju gradacji jakości literackiej - najlepsze, jak wisienka na torcie, zostawiłam na koniec.
              Powieść Mari Jungstedt Niewidzialny to dobry, klasyczny kryminał, trzymający w napięciu i pozwalający czytelnikowi na prowadzenie śledztwa wraz z głównymi bohaterami. Jungstedt nie zdradza tajemnic za szybko, ale bystry czytelnik domyślić się może całkiem wcześnie, kto jest zbrodniarzem. Brakowało mi jednak w tej powieści bohatera lub bohaterki, którego losy i osobowość byłyby równie wciągające jak intryga. Postacie wydają się tutaj nieco papierowe, mechaniczne, wrzucone w schemat i konwencjonalne. Można powiedzieć, że są zaledwie naszkicowane, brakuje im duszy. Czegoś, co sprawiłoby, że ich losy interesowałyby nie tylko w kontekście śledztwa...
              Dlatego już od pierwszego zdania Zmierzchu poczułam, że mój świat nieco zawirował. Nie tylko dlatego, że zdjęcie autora z tyłu książki jest równie interesujące, co sama powieść. Theorin opowiada historię mroczną, tajemniczą, a przy tym naprawdę zaskakującą. Zaletą jest też wciągająca narracja i to, czego brakowało mi u Jungstedt, czyli ciekawe, dobrze skonstruowane postacie, których losy naprawdę mnie obchodziły, które mogłam mniej lub bardziej polubić, którymi mogłam pogardzać albo się ich bać. Innymi słowy, po prostu prawdziwe. Fascynująca jest też zdolność Theorina do tworzenia obrazów, które w dyskretny, nieco "zamglony" sposób mrożą krew w żyłach. I zakończenie... Takie, które sprawia, że czytelnik uświadamia sobie, iż życie bywa niewytłumaczalnym zbiegiem fatalnych okoliczności, ale mimo straszliwie bolesnych czasami doświadczeń toczy się dalej... W myśl zasady, że życie jest dla żywych, bo umarli odeszli już do lepszego świata.
             Jednak dopiero czytając Mankella poczułam się zahipnotyzowana. Powrót nauczyciela tańca to nie tylko kryminalna intryga, doskonale poprowadzona, uchylająca rąbka tajemnicy tam, gdzie należy, ale do końca zaskakująca i tajemnicza, nie pozwalająca zapomnieć o tym, co dzieje się  na kartach powieści nawet podczas jedzenia (dla mnie to na przykład istotne, bo kiedy jem, to na ogół tylko o tym myślę). To także opowieść o człowieku, który zmaga się z chorobą, przez co niemal zaprzepaszcza jedyną prawdziwą wartość w swoim życiu, czyli miłość; o człowieku, który poświęca swój czas na prowadzenie pełnego zaskakujących zwrotów akcji śledztwa, bo jego własne życie i czająca się na języku śmierć napawają go lękiem, z którym tylko tak potrafi sobie poradzić. Przede wszystkim jednak jest to powieść o odkrywaniu przeszłości - nie tylko bohaterów, zbrodniarzy i ofiar, ale też o odkrywaniu przeszłości Szwecji. Nie znam się szczególnie ani na historii, ani na kulturze tego kraju, ale wiem, że ma on swoje wstydliwe karty. Ta powieść to też ostrzeżenie - przypomina, że zło nigdy nie umiera, bo zawsze znajdą się ludzie, których nienawiścią może się karmić.
             Wydaje mi się, że autorów tych powieści łączy przekonanie, że zło zawsze wraca do człowieka, przemoc rodzi przemoc, a rany z przeszłości jątrzą się często tak długo, dopóki nie zostaną pomszczone. Jungstedt przekonuje, że żaden nasz uczynek nie zostaje zapomniany, Theorin przeraża wnioskiem, że żaden etap naszego życia nie jest wolny od zła, nawet dzieciństwo, a u Mankella można mówić nawet o pewnej hamletycznej nucie w historii zabójcy. Kryminał nie musi i nie powinien być traktowany jak literatura "klasy B". Ten gatunek literacki daje bowiem autorowi możliwość stawiania drażniących i trudnych pytań w zakresie historii, obyczajowości, a także aksjologii, bo w końcu tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono...
            

wtorek, 24 maja 2011

Życie jest piękne...

Potiche: Żona doskonała, reż. François Ozon, Francja 2010.

          ... a miłość jest tajemnicą. Zanim oskarżona zostanę o posługiwanie się sformułowaniami banalnymi i wytartymi, chciałabym nieśmiało przypomnieć, że jak twierdzą mądrzy ludzie, życie składa się z banałów. Te stwierdzenia same w sobie są arbitralne, niemal niepodważalne, a jednak ciśnie się na usta proste pytanie: dlaczego życie jest piękne, a miłość to tajemnica?
            Nie chcę oczywiście przez to powiedzieć, że film Potiche (kolejne trafne jak kula w płocie polskie tłumaczenie tytułu - "potiche" znaczy "bibelot") na te pytania odpowiada. Raczej zmusił mnie do tego, żebym je sobie zadała. Z heroiczną świadomością braku sensu tej czynności, bo odpowiedzi na nie w zasadzie nie ma... Są przypuszczenia, dywagacje... ale odpowiedzi właściwie tyle, co ludzi, czyli dramat nadmiaru.
            Film, z charakterystyczną francuską swadą, opowiada historię pani Pujol - żony bogatego przedsiębiorcy i matki dwojga dorosłych już dzieci. Mówi się, że Anglicy z mlekiem matki przyswajają sobie Shakespeare'a - Francuzi mają tak chyba z Molierem, bo jest w tym filmie coś bardzo molierowskiego. Galeria postaci składająca się na pewne typy osobowości, a przy tym każda z nich zindywidualizowana i pełna życia.
           Jest więc pan Pujol - porywczy mizoginista, który odziedziczył po teściu fabrykę parasoli i sprawuje w niej rządy "twardej ręki". Zdradza żonę z sekretarką, którą z kolei zdradza z kim popadnie. Uważa, że miejsce żony pana Pujol na pewno nie jest w kuchni, nie jest też w nocnym klubie i w ogóle "to o co właściwie chodzi? niczego ci nie brakuje!". Jego arogancja i brak zrozumienia dla potrzeb pracowników sprawiają, że w fabryce wybucha poważny strajk, któremu sam nie potrafi zaradzić... Jego stosunek do żony woła już o pomstę do nieba. Dość skutecznie...
           Jest córka, która wytyka matce, że jest bibelotem, kurą domową i żyje ze świadomością bycia zdradzaną. Sama jednak niewiele się od matki różni... Choć może zbyt pochopna to opinia, ostatecznie bowiem okazuje się, że matka i córka są jednak bardzo, bardzo różne. Jest i syn. Artysta o bardzo liberalnych poglądach, który ma zupełnie inne plany i marzenia niż kierowanie w przyszłości fabryką parasoli.
           Jest też rezolutna sekretarka, romansująca z szefem. Z rozwianym rudym włosem gotowa nieść każdy rodzaj pomocy wszędzie i o każdej porze. Do czasu, gdy nie zachwyci jej pełna godności postawa kobiety, za plecami której dostarcza swemu szefowi nieregulaminowych przyjemności.
            Jest i szczególnej urody burmistrz miasteczka, którego łączy z panią Pujol pewna przeszłość. Liberał o socjalistycznych poglądach, walczący o poprawę sytuacji robotników, a przy tym - choć porywczy - niezwykle ciepły, doświadczony przez życie i przyjaźnie nastawiony do świata człowiek.
            Jest wreszcie pani Pujol. Niezwykła kobieta! Kura domowa, bibelot, popychadło - z pozoru oczywiście. Faktycznie jest to kobieta, która mimo rozczarowania, żalu i zepchnięcia na margines życia własnej rodziny potrafi biegać po lesie zasłuchana w śpiew ptaków, pisać wiersze o wiewiórkach, tańczyć i śpiewać podczas gotowania, a przede wszystkim zakasać rękawy i wziąć się do pracy, by uratować od zagłady firmę stworzoną przez jej ojca. Uratować, postawić na nogi, uczynić zakładem nowoczesnym i intrygującym. Kobieta, która porażkę przekuwa w sukces. Kobieta o klasie takiej, jaką mieć może chyba tylko Catherine Deneuve. Kobieta, dla której miłość nie jest jednostronnym obrazem, ale właśnie tajemnicą, bo nie ma sensu szukać odpowiedzi na pytanie dlaczego kocha się tę, a nie inną osobę. Dlaczego trwa się przy kimś latami, choć ten ktoś zdecydowanie na to nie zasługuje. Dlaczego wybacza się zdrady wszelkiej maści... Przede wszystkim jednak pani Pujol jest kobietą, w której kryje się wiele tajemnic i która ma osobowość silniejszą niż cała zła energia jej męża, jaką wnosił przez niemal wszystkie lata małżeństwa w jej życie. 
            Dlaczego życie jest piękne? Nie mam pojęcia i dobrze mi z tym. Wiem tylko, że nie można dostrzec i zrozumieć piękna świata, dopóki nie dostrzeże się i nie zrozumie piękna w sobie.
            
          




środa, 4 maja 2011

Ofiara wciąż się powtarza.

Młyn i krzyż, reż. Lech Majewski, Polska - Szwecja 2011

             Wygląda na to, że ostatnio znacznie więcej oglądam niż czytam. Ukryte gdzieś z tyłu głowy poczucie winy z tego powodu znika, gdy oglądam filmy tak głęboko zanurzone w sztuce i mądrości jak Młyn i krzyż. Powodów do obejrzenia tej najnowszej produkcji Lecha Majewskiego (Basquiat - Taniec ze śmiercią, Wojaczek, Angelus) jest wiele. I warto było zobaczyć go właśnie w czas Wielkiego Postu, w czas refleksji nad sensem życia, cierpienia, w czas, kiedy robimy rachunek sumienia. Przynajmniej powinniśmy... Warto było też napisać o tym w czas Wielkiego Postu, ale jakoś się nie złożyło... Wracam jednak do tego tematu, bo film w niektórych kinach wciąż można zobaczyć (na przykład w warszawskiej Feminie).
              Sporo powstało już w historii kina filmów inspirowanych dziełami malarskimi - wyjątkowość Młyna i krzyża polega na tym, że obraz Bruegla Procesja na Kalwarię nie jest li-tylko inspiracją. Jest przestrzenią - miejscem i czasem, w jakich dzieje się akcja filmu, jest całym światem przedstawionym, a przynajmniej jednym z tych światów, gdyż film odczytywać można na kilku co najmniej płaszczyznach interpretacyjnych.
              Zacznijmy zatem od przyjrzenia się obrazowi...
Pieter Bruegel, Procesja na Kalwarię, 1564

             Zbudowany jest z siedmiu różnych perspektyw, znajduje się na nim pięćset postaci, z których każda ma swoją historię, ale ta najważniejsza postać - ta najważniejsza opowieść - jest ukryta...To częsty zabieg na obrazach Bruegla. Wystarczy przywołać znany niemal wszystkim Upadek Ikara. Trzeba wysilić wzrok, umysł i serce, żeby dostrzec najistotniejsze... W centralnym miejscu Procesji na Kalwarię, wśród tłumu przedziwnych postaci, można dostrzec upadającego pod ciężarem krzyża Chrystusa. Ludzie na płótnie nie dostrzegają jednak tego wydarzenia, które miało zmienić świat, bieg historii... Patrzą na Szymona Cyreńczyka, którego straż odciąga od żony, by pomógł nieść krzyż... Nad całym tym widokiem góruje wysokie wzniesienie, a na nim tajemniczy młyn. W prawym dolnym rogu, z twarzą przytuloną do słupa stoi także sam autor i przygląda się  temu wydarzeniu. 
           Lech Majewski zrobił film mądry i piękny. Być może stało się tak dzięki zastosowaniu w produkcji zdecydowanie niekomercyjnej techniki komputerowej typowej dla kina akcji. Po raz kolejny zagrała też przestrzeń Jury Krakowsko-Częstochowskiej - w 1967 Wojciech Jerzy Has (mistrz Majewskiego) "oszukał" widzów Rękopisu znalezionego w Saragossie. Wtedy Jura grała gorącą Andaluzję, tym razem holenderski chłód.
           Majewski powtarza w swoim filmie tezę Bruegla, że najważniejsze jest trudne do zauważenia, że ofiara powtarza się każdego dnia, a my przechodzimy koło niej obojętnie albo pełni niemocy. Jedna z pierwszych scen filmu - okrutna śmierć młodego człowieka, pokazana w sposób niezwykle plastyczny - ma wymowę przede wszystkim symboliczną. Ma pokazać, że tamta niewinna ofiara sprzed 2000 lat była i jest częścią codziennego życia, tak jak i śmierć jest częścią życia. Stąd tytuł - młyn to krzyż puszczony w ruch, młyn to czas, który zatrzymuje się w chwili ofiary...
            W pewnym sensie Majewski oswaja nas więc ze świadomością śmierci, ale ważniejsze wydaje się to, co mówi w sensie aksjologicznym. Zło jest częścią życia, wszyscy jesteśmy za nie odpowiedzialni, wszyscy mamy swój udział nie tylko w tamtej krzyżowej ofierze, ale w każdej innej również. Paradoksalnie, ta odpowiedzialność ma wymiar egzystencjalny, nic nas z niej nie zwalnia, ani wiara, ani brak wiary.